Belfer roku, jak co roku…

 Pragnienie bycia docenionym tkwi głęboko w ludzkiej naturze. Wypowiadając te słowa William James ujął w możliwie najbardziej lapidarny sposób to, co stanowi istotną siłę napędową wszelkich działań ludzkich. Ja też podlegam działaniu tego zjawiska. Zawsze bardzo się starałem o to, aby moje zaangażowanie, jak i moją ciężką pracę ktoś docenił. Nie awansem, podwyżką, premią – chociaż nikt tym nie pogardzi, ale słowem uznania, jakimś wyróżnieniem, czy nagrodą nawet o symbolicznym znaczeniu. Nie jest łatwo o taką gratyfikację, ale tu ja osobiście nie mogę narzekać na los. Miewałem swoje dobre chwile. Niestety – większość z nich spotkała mnie w poprzednich miejscach pracy i był to już raczej odległy czas.
   Od ponad 20 lat pracuję w szkole. Tu chyba trudniej niż gdzie indziej przychodzi dopracować się uznania. Wszyscy nauczyciele są podobnie wykształceni, wykonują bardzo podobne zadania i są opłacani według z góry zaplanowanych stawek wynagrodzenia. Każdy z nas – jak sądzę – robi wszystko co może, aby to jego praca była zauważona i doceniona. Otrzymujemy wprawdzie dodatki motywacyjne za jakość pracy, ale są to symboliczne gratyfikacje sięgające średnio 3 proc. płacy zasadniczej. Raz na kilka lat może się przytrafić komuś z nas nagroda dyrektora szkoły – jakieś 3 do 5 setek, rzadko więcej, wręczanych z okazji Dnia Nauczyciela, ale i tu różnie bywa z wartościowaniem pracy, bo bywa, że są równi i równiejsi. Pensja nauczycielska to ciągle spadająca wartość w relacji do średniego wynagrodzenia w przemyśle. Co nam zatem pozostaje? Pozostaje zarobić na uznanie uczniów.
   Nie zawsze jest ono werbalnie wyrażane i rzadko od razu – częściej dopiero po latach. Pomiędzy młodymi ludźmi w szkole obowiązuje swoisty uczniowski kodeks honorowy. Nikt nie chce być nazwany lizusem, kujonem czy wazeliniarzem za sam fakt okazania belfrowi słów uznania, czy zwykłej sympatii. Jeśli zdarza się mimo tego usłyszeć jakieś słowa uznania od poszczególnych uczniów to jest to faktyczne wyróżnienie trudne do przecenienia.
Co robić, aby na to uznanie zapracować? Wszyscy wiemy, jak odmienne bywa podejście nauczyciela i ucznia do swoich obowiązków szkolnych. Nie wszyscy uczniowie chcą do maksimum wykorzystać szanse, jakie daje im szkoła. Nie wszyscy chcą ciężko pracować, a raczej wszyscy chcieliby mieć możliwie najlepsze oceny. Jak zatem uczniowie mogą potraktować nauczyciela, który dużo wymaga od siebie i uważa, że ma również prawo dużo wymagać od uczniów?
Z góry wiadomo, że na jednomyślność w ocenie trudno w tej sytuacji liczyć. Ja podszedłem do tego problemu dość pragmatycznie.W trzecim roku od podjęcia pracy w szkole, w 1992 r., przyszedł mi na myśl pomysł aby zapytać uczniów: – Jaki powinien być nauczyciel? Zapytałem wiec w anonimowej ankiecie wszystkich uczniów klas pierwszych w naszym Ekonomiku. Oto jakie uzyskałem odpowiedzi:

     

   Zastanowiło mnie to, że idealny nauczyciel powinien być przede wszystkim miły, wesoły, z poczuciem humoru, a jego fachowość i przystępność stosowanych metod przekazywania wiedzy zajęło dopiero 4. lokatę. Jest chyba oczywiste, ze wziąłem pod uwagę wyniki tego sondażu. Po paru latach posunąłem się jeszcze dalej, gdyż zaproponowałem uczniom – zwykle na początku roku, aby oni również oceniali mnie, ale już pod koniec roku. Dla wizualizacji tej oceny posłużyłem się tarczą strzelecką podzieloną na cztery ćwiartki, w których uczniowie strzałem, w skali 1 do 10 oceniali takie kryteria mojej pracy, jak:

– umiejętność zainteresowania lekcją,

– umiejętność pobudzenia ich aktywności,

– sprawiedliwość oceniania,

– okazywanie sympatii i zainteresowania uczniem.

Wyniki tego strzelania opracowywałem zbiorczo według klas i nauczanych przedmiotów. Oceny były dobre i bardzo dobre, ale dość zróżnicowane w obrębie przyjętych kryteriów. To z nich czerpałem informację, jak pracować z poszczególnymi klasami, aby choć zbliżyć się do ich wzorca.

   W 2005 roku, przy okazji tzw. awansu zawodowego do stopnia nauczyciela dyplomowanego postanowiłem wykorzystać materiały z oceny mojej pracy na przestrzeni wielu lat pracy i samooceny wspieranej opinią uczniów. Umieściłem te dane w sławnej teczce awansu zawodowego, obok innych jeszcze materiałów na ten temat. Dokonałem również porównania aktualnej opinii (2005 r.) uczniów na temat, jaki powinien być nauczyciel? Oto jak zmieniły się te oczekiwania na przestrzeni 13 lat.

    

    Nastąpiło odwrócenie priorytetów w obrębie pierwszych czterech kryteriów. Teraz najwyższe wymagania stawiano fachowości i przystępności stosowanych metod przekazu. Czy może mieć znaczenie fakt, że badani tym razem mieli większe doświadczenie z racji zaliczenia gimnazjum, a więc znali więcej nauczycieli? Ten wątek mojej pracy pokazanej w dokumentacji wykorzystanej w procedurze awansu zawodowego miał duże znaczenie dla uzyskania awansu.
   Obecnie, nosząc się z zamiarem napisania tego tekstu zapytałem w minionym tygodniu, w paru klasach o to samo, co tu przedstawiłem. Jaki powinien być nauczyciel? Teraz najmocniej stawiano na wyrozumiałość i sprawiedliwość w ocenianiu, przy nadal wysokim zapotrzebowaniu na poczucie humoru nauczyciela. Na kolejnych miejscach umieszczono umiejętność zainteresowania uczniów przedmiotem i umiejętność tzw. podejścia do uczniów.
Zmienny jest więc obraz zbiorowy idealnego nauczyciela.
Jak ja przystaję do tego obrazu? To jest pytanie kołaczące mi się po głowie od ponad dwóch tygodni, czyli od 30 marca, kiedy to wystartował w naszym województwie konkurs na Belfra Roku 2008/09. Ogłosiła go lokalna gazeta Echo Dnia wysyłając uprzednio do samorządów szkolnych propozycję zgłoszenia do konkursu swoich ulubionych nauczycieli. Prowadzono też na łamach tej gazety akcję promocyjną z kuponami zgłoszeniowymi. Samorząd mojej szkoły zgłosił moją kandydaturę jako jedyną z naszej szkoły. Gdy mnie o tym zawiadomiono, poczułem się wyróżniony, ale i zakłopotany w aspekcie tego, co napisałem wcześniej o względności takich ocen. Dyrekcja szkoły wsparła inicjatywę samorządu i zezwoliła na umieszczenie stosownego komunikatu na internetowej stronie szkoły, za co jestem również i jej serdecznie wdzięczny. Obserwuję teraz kolejne notowania w miarę jak do redakcji gazety napływają SMS-y z głosami poparcia dla poszczególnych kandydatów. Zastanawiam się jak dużo moich uczniów wie o konkursie, skoro nie czytają tej gazety i nie zaglądają na stronę szkoły? Myślę, że nie jest z tym najlepiej skoro w drugiej ze szkół, w której uczę na pół etatu nikt nie wie o konkursie, a przynajmniej nie wspomnina tego tematu w rozmowach. Jeszcze bardziej zastanawiam się nad tym, ilu z uczniów lub absolwentów zechce zainwestować w poparcie mnie całych 1.22 zł na SMS-a?Najbardziej chyba jednak istotne jest pytanie, jaka to będzie miara sukcesu, jeśli mierzy się ją ilością wysłanych SMS-ów? Przecież teoretycznie każdy, komu na tym zależy może wysłać na siebie nieskończona ilość SMS i wygrać, prawda?
Rzeczywistości nie da się odwrócić. Dzisiaj takie czasy, że nawet wygrane w poważnych festiwalach, czy konkursach wszelkich przeprowadza się w tej technice. Dlaczego zatem nie wyłaniać Belfra Roku tak samo, prawda?
  Dużo pytań postawiłem, prawda? Mam nadzieję, że przynajmniej na część z nich otrzymam odpowiedź od Państwa w formie komentarzy. Polecam się.