Wielkanoc emigranta

     W przeddzień tegorocznej Niedzieli Palmowej, żona przypomniała mi fakt upływu kolejnej rocznicy mojego powrotu z USA – na „rodziny łono”. Minęło wprawdzie już wiele lat od tamtego powrotu, ale każda niemal chwila tam przeżyta odcisnęła się w pamięci na trwałe. Wracałem po dwu i półrocznym pobycie w Chicago, którego celem było – tak samo jak i teraz bywa z emigracją zarobkową do państw europejskich – zdobycie pieniążków na potrzeby rodziny.

   Wyjechałem w październiku, bo takie szanse właśnie się przede mną otwarły. Byłem pełen optymizmu bo „przecież tylu już przede mną wyjechało i każdy coś przywiózł”. Każdy, to nie oznaczało, że również ja. Poszukiwałem pracy przez niemal cały listopad. Za sprawą znajomej, która dostrzegła kartkę na wystawie sklepu z pieczywem „Pasieki” o poszukiwaniu piekarza udało mi się załapać na pracę w piekarni. Szło mi dobrze. Pan Pasieka był zadowolony. Chwalił, przywoził czasem do miasta z odległej piekarni, wreszcie zaproponował również pracę w jego cukierni i zamieszkanie z innymi piekarzami nad sklepem w samym centrum „Jackowa”. Byłem szczęśliwy. Miałem pracę na over time i na part time i mieszkanie na miejscu za małe pieniądze. Radość wielka. Spłaciłem zaległe rachunki, wydałem przyjęcie, aby odwdzięczyć się gospodarzom za dotychczasową gościnę, a w poniedziałek, tuż przed godziną rozpoczynania pracy usłyszałem telefonicznie taką oto informację:
-„ Na razie dziękuję. Mam pana telefon, to jakby coś się zmieniło, to zadzwonię”. Dotarło do mnie, że to taka grzeczna forma zwolnienia z pracy. Zamurowało mnie. Prosiłem o podanie przyczyn. Powoływałem się na rozmowę sprzed dwóch dni, tę z rozlicznymi propozycjami, przedłużałem rozmowę, ale na nic. „ Tu jest Ameryka, usłyszałem. Nie muszę się przed nikim tłumaczyć. Mam pański telefon…”

   Wróciłem do punktu wyjścia. Szukałem nadal. Dzień po dniu wyruszałem z mapą na miasto i sklep za sklepem, firmy, biura podróży, restauracje, piekarnie i nic! Wracałem jak zbity pies do domu. Powracający z pracy domownicy pytali grzecznie o rezultaty poszukiwań i słyszeli ciągłe to samo. Wreszcie pod koniec grudnia zapaliło się światełko nadziei w tym ciemnym tunelu. Pewien kontraktor, Polak, stanął nagle wobec problemu zakończenia pilnej roboty w sytuacji, gdy odszedł od niego nagle jedyny pracownik. Dopytywał się skąd jestem, kiedy przyjechałem, czy pracowałem, co robiłem w Polsce. Odpowiadałem szczerze nie wiedząc, że moje dotychczasowe doświadczenie zawodowe nic tam nie znaczyło. Padło wreszcie kluczowe pytanie:
A gwoździe potrafi pan wbijać?
  Każdy w takich razach odpowiada:
-Ależ oczywiście! Lubię majsterkowanie. Sam sobie remontowałem mieszkanie. Ja też tak odpowiedziałem. Wziął mnie na próbę. Dodam, że udaną próbę, podczas której po raz pierwszy w życiu zakuwałem zawiasy i wprawiałem zamki, itp. robótki. Cóż jednak począć jak człowiek urodzi się pod złą gwiazdą, a do tego liczba 13 jest składową jego daty urodzenia? Pracy starczyło może na tydzień. Nastała sroga zima, a z nią zastój w budownictwie.

  Mój kontraktor, Antoś umieścił mnie u swojego kolegi – również kontraktora w domu stojącym naprzeciw kościoła Św. Jacka. Odwiedzał mnie i zabierał z tej pustelni do roboty – jeśli coś mu się trafiło. A przytrafiało się to z częstotliwością tydzień pracy w miesiącu. Zarabiałem wtedy tyle, ile musiałem wydać, aby przeżyć. Nadal szukałem pracy, ale bez skutku. Antoś telefonował często i podtrzymywał mnie na duchu mówiąc, że jak tylko nadejdzie marzec, to ruszą budowy i będziemy mieli tyle zleceń, że trudno będzie przerobić. Moje samotne mieszkanko stało się przeszkodą dla firmy przebudowującej cały parter na sklep jubilerski. Przeniesiono mnie zatem na piętro do apartamentu, jak to się tam szumnie nazywa. Zamieszkałem wspólnie z dwoma robotnikami owego kolegi mojego bossa. Jeden, to były celnik z Krosna, a drugi to rolnik z Czarnej Białostockiej. Osobliwy to był duet, ale zgrany w pracy i w domu, gdzie wspólnie prowadzili kuchnię. Mieli podobne gusta i zainteresowania, a właściwie ich brak. Żyli tylko na przetrwanie. Gotowali jakieś jednodaniowe obiady, do tego pół litra na dwóch i wyro. Prawie każdą wolna chwilę spędzali przed telewizorem, który marnie odbierał, ale i to im nie  przeszkadzało bo służył właściwie za usypiacz.

   Utrzymanie jakiegoś ładu, czystości i sprawności urządzeń domowych, to był mój problem. Im było wszystko jedno. Tak doczekaliśmy marca, a z nim już bardziej regularnej pracy dla mnie. Wyjazd o 6-tej i powrót po kilkunastu godzinach należał do normalnego rytmu dnia. Jedynie w niedzielę było trochę czasu na kościół, gotowanie, pisanie listów, pranie, zakupy i co tam jeszcze wypadło. Tak doczekaliśmy Świąt Wielkanocnych, pierwszych moich takich Świąt na obczyźnie. Ja miałem już wolny Wielki Piątek więc poświeciłem go niemal w całości na posprzątanie living room, w którym moi koledzy urządzili sobie prawdziwy skład narzędzi. Piły, wiertarki, kable i skrzynki narzędziowe rzucali zaraz przy wejściu, a wszędobylski pył z płyt gipsowych dopełniał reszty bałaganu. Posprzątałem. Wracających z pracy chłopaków poprosiłem o uszanowanie moich starań i zadbanie, aby chociaż przez święta utrzymać ten stan. Sam ubrany odświętnie wybierałem się właśnie do pobliskiego kościoła na obrzędy wielkopiątkowe. Byli zdziwieni, że mi się chce. Nie trzymali postu, więc po zjedzeniu swojej gęstej zupy z wkładem z całej kury siedzieli przy butelce i zapraszali. Już mieli święta. Ja jednak poszedłem zrealizować swoje plany. Kościół zastałem zamknięty. Największy polski kościół w tej części Chicago nie organizował Triduum Paschalnego. Ze spotkanym tam, równie zawiedzionym krajanem poszliśmy pieszo do innego kościoła, ale i tam nie było tego czego szukaliśmy. Pozostało wrócić do domu.

   Moi współmieszkańcy już spali. Telewizor nastawiony na jaką
meksykańską stację nadawał film porno, a że był bez dekodera(szkoda pieniędzy)więc przez środek ekranu wił się szeroki pas. Jedynie boki ekranu pokazywały jakby przeciętych na pól ludzi zajętych wiadomymi czynnościami. Fonia mówiła wszystko o charakterze przekazu. Nie trzeba było znać hiszpańskiego, aby rozumieć o co chodzi Wyłączyłem go i poszedłem do swojej dziupli jak nazywałem swój pokoik, w którym mieściło się sprężynowe łóżko, szafeczka i dwie walizki.

Następnego dnia oni pojechali do pracy, a ja mogłem zająć się pozostałymi elementami świątecznego obyczaju. Domowym zwyczajem przygotowałem jajka ugotowane w łupinkach cebuli i wykonałem z nich kilka pisanek. W zdobycznym koszyczku z kwiatów, na małej serwetce ułożyłem to wszystko, co w domu poddawało się święceniu i poszedłem do kościoła. Po powrocie ze święconką zauważyłem, że zapomniałem o chlebie. Szybko wróciłem więc do kościoła, aby poświecić kawałek chleba w torebce papierowej. Zrobiłem jeszcze sałatkę warzywną i już byłem gotowy. Sobota upłynęła w spokoju, a w Wielka Niedzielę, po Rezurekcji – tak jak w Polsce zasiedliśmy do śniadania świątecznego. Byliśmy dla siebie w tym szczególnym dniu wszystkim czego nam brakowało. Poniedziałek w USA to już normalny dzień roboczy, a wiec wszystko powróciło do zwykłego rytmu. W tamtym mieszkaniu dotrwałem do maja. Nie mogłem dalej tak żyć .Znalazłem parę osób znajomych moich znajomych, którzy też szukali godnego mieszkania i daj Boże odpowiedniego towarzystwa. Udało nam się stworzyć w miarę zgodnie współpracującą ze sobą grupę obcych wprawdzie ludzi, ale żyjących bardziej zgodnie niż niejedna rodzina. Tam już wspólnie urządzaliśmy kolejne święta, w niczym nie odbiegające od tradycji wyniesionych z domów rodzinnych.

   Kto żył przez dłuższy czas na emigracji dopowie sobie szczegóły do tego opowiadania ze swoich doświadczeń. Kto nie miał tego szczęścia dowie się jak czasem ciężki bywa grosz zarobiony z dala od bliskich. Klimat takiego życia doskonale oddawał film „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Zbigniew Zamachowski stworzył w nim kreację tak realistycznie oddającą obraz emigranta z Polski, że musiał chyba przeżyć jakiś czas w takich warunkach. Oglądając go, przeżywałem na nowo tamte doświadczenia.

27 uwag do wpisu “Wielkanoc emigranta

  1. ~Brzoza pisze:

    Ja Brzoza- emigrantka wiele Swiat spedzilam z dala od rodziny. Nie bylam zupelnie sama, ale Ci najblizszi, ukochani byli tak bardzo daleko. Przez wiele lat wyplakiwalam kazde zyczenia do sluchawki i zawsze mocno tesknilam za tym, co takie nasze- polskie. Swieta Wielkanocne byly szczegolnie trudne, bo w amerykanskich kosciolach nie swieca jedzenia. Dziekowalam Bogu, ze przyniesione przez mnie pisanki mialam schowane w torebce – czekaly na odpowiedni moment. A tutaj- nikt niczego nie swiecil! Amerykanie za to z wielka wylewnoscia witali sie, usmiechali, przytulali i stawiali obok lawki kubeczki z przyniesiona kawa. Dla mnie byl to szok kulturowy. A jak sie pozniej okazalo jeden z wielu . W polskim sklepie kupowalam wszystko to, co bylo potrzebne do Swiat. A jednak atmosfera byla inna. Samotnosc, smutek, tesknota, drogie ( wtedy!) telefony do Polski i mysl,ze „sama chcialam, ze zawsze moge powrocic”. Pozniej zycie ulozylo sie zueplnie inaczej. Wyszlam za maz, urodzilam dzieci, stworzylam DOM. I nagle okazalo sie, ze najwazniejsi sa ludzie. Oni stanowia o tym jakie mamy Swieta. Nie sa dodatkiem do Swiat, sa ich celem, wypelnieniem. Wraz z dziecmi, pojawili sie bliscy przyjaciele, stworzona przez nas „druga” rodzina. Swieta nabraly kolorow, zapachow, sensu i aktywnosci w ich przezywaniu. Trafilam do polskiego kosciola, gdzie nikt sie nie zdziwil, ze swiece jedzenie. Ba, swiecili tam po polsku wszyscy! Teraz jestem Brzoza, ktora zapuszcza mocno korzenie. Ponoc starych drzew sie nieprzesadza,ale moje serce podzielone jest miedzy dwa kraje. Nie wiem gdzie bede kiedys. Chce stworzyc dzieciom warunki godne rozwoju, a rownoczesnie cierpie, ze nie znaja tych najprawdziwszysch Swiat. Nigdy nie widzialy Dnia Wszystkich Sw., nie uczestniczyly w Pasterce, nie zobacza tez „Rekawki” ani nie poczuja atmosfery, ktora jest tylko TAM. Chcialabym, aby Polska kojarzyla im sie nie tylko z krajem ich rodzicow, wakacjami, dziadkami i dalsza rodzina. Chce, aby poczuli to, co ja zabralam w sercu ze soba. Czy mi sie to uda? Zobaczymy. Swietowac mozemy w sumie wszedzie tam, gdzie sa ludzie bliscy naszej duszy. A jednak cos zyskujac, takze cos tracimy. I oby tych strat bylo jak najmniej. Pozdrawiam wieczorowa pora!

    Polubienie

    • ~Tatul pisze:

      Brzozo, jesteśmy jakby uzupełniającą się parą współautorów. Dzięki tej współpracy już wielokrotnie daliśmy naszym czytelnikom do przeczytania materiał poszerzony o przemyślenia tego drugiego, patrzacego z innej strony, czy z innego progu wrażliwosci. Dziękuję.Czytając komentarz pomyślałem,że mógłbym napisać niemal to samo. Pominąłem duchowość swoich przeżyć, bo opowiadałem o swoim losie emigranta. Każdy inaczej przeżywa rozstanie z najbliższymi. Ja przez cały czas pobytu tylko raz telefonowałem do żony. Cały swój dorobek duchowych przeżyć przelewałem na papier w listach liczących po 4-6 stron, podawanych przez różnych ludzi wracajacych do Polski. Tak było szybciej i bezpieczniej, bo bez cenzury.Mam te listy, jak i listy pisane do mnie. Zawsze możemy do nich wrócić, aby czegoś wzajemnie dowiedzieć się o sobie. Ja wróciłem szczęśliwie do rodziny więc byłoby fajnie gdyby nie fakt, że rodzina odjechała ode mnie. Córka Małgosia zaraz po studiach i ślubie wyjechała do Chicago, a druga córka Ania, do Krakowa . I co? I nic. Trzeba żyć dalej .Razem – mimo, że w oddaleniu. I to się nam udaje. Pozdrawiam

      Polubienie

  2. ~Lena pisze:

    Ile w tym poście jest przeżyć… serce się aż kraje, jak to było Panu ciężko w obcym kraj…Myślę, że mi nie przyjdzie wyjechac do innego kraju, nie chciałabym tego bardzo…Pozdrawiam 😀

    Polubienie

    • ~Tatul pisze:

      Lena, Moja żona też powiedziała mi, że napisałem bardzo smutną historię. Ona uważa,że nie powinno się opowiadać takich przeżyć, bo nie wszyscy to zrozumieją i nie wszyscy na obczyźnie tak samo przeżywaja takie okazje jak Święta. Tak dla ścisłości dopowiem, że moja historia była jeszcze smutniejsza, ale zawsze mówiłem, że dwóch facetów mieszkających w jednym pokoju na obczyźnie opowie po powrocie zupełnie inne historie. Nawet skrajnie optymistycznie i pesymistycznie. Różni są ludzie, w różne miejsca trafią, różnych ludzi spotkają, więc róznią się ich opowiesci.Pozdrawiam

      Polubienie

  3. ~Moniaaa pisze:

    Na pewno było ciężko z dala od najbliższej rodziny . To z życia wzięte historie , myślę że dużo ludzi przeżywało to co Pan raz lepiej raz gorzej niestety . Ale na szczęście te święta i poprzednie spędzi Pan ze swoja rodzina i to jest najważniejsze . Pozdrawiam

    Polubienie

    • ~Tatul pisze:

      Moniaaa,Racja. Święta powinno się spędzać z bliskimi. Doświadczenie jakie zebrałem w opisanym przypadku nie były jedynymi. Wcześniej spędzałem świeta w wojsku, gdzie niby nie jest się samotnym, ale praktycznie uwięzionym i w przymusowej sytuacji, Wyjazd za granicę to specjalna sytuacja.Jedni tęsknia, a są i tacy, którzy wyrwali się z toksycznego związku i wcale nie mają zamniaru wracać. Ci nie tęsknią i pewnie śmialiby się z takich, którzy męczą się i tęsknia. Świat jest i dobry i zły. Rzecz w zasadach i trafnych wyborach. Ja mam szczęście, że jestem z rodziną, ale i smucę się z tego powodu, że nie jesteśmy w komplecie. Pusty talerz zawsze jest przygotowany w każde święta a my spoglądamy na niego domyślając się kto przy nim (symbolicznie)zasiada. pozdrawiam

      Polubienie

      • ~Małgosia pisze:

        Tatulu, zadziwiłam się ile bólu w Tobie tkwiło tyle lat. Przeczuwałam go, ale był zawoalowany. Jednak blog jest terapeutyczny. Dziękuję za zwierzenia. I nam było cięzko i Mamie, ale Tobie zdecydowanie ciężej. Znam tu Twoje szlaki i zapewne dlatego, że naznaczone są Twoim bólem prób – nie bywam zbyt często na Jackowie, a w Pasiece to już w ogóle. W tym roku Skype nas zbliży w święta. I przypomnę – tak naprawdę, to nie chciałam tu przyjeżdżać. Stało się życie. PozdrawiaMy

        Polubienie

      • Małgosiu, nie odpowiedziałem na Twój komentarz i teraz już nawet nie wiem dlaczego tak się stało. Zgódźmy się na wersję kompromisową. Oboje przeżyliśmy ciężko ten czas rozstania. Wy też zapłaciłyście swoją cenę, bo jako dzieci potrzebowałyście obojga rodziców.
        Faktycznie wspomnienia powracają co roku od nowa. Dzisiaj spotkaliśmy z mamą tę samą panią która po powrocie tak ubolewała nad tym, że wróciłem strasznie zabiedzony, a ja byłem po prostu szczupły i dobrze się z tym czułem.
        Jutro zaczyna się Triduum Paschalne i od nowa będziemy przeżywać to, co zawsze było treścią naszych przygotowań do świąt. Będzie Droga Krzyżowa z finałem pod kapliczką z cudownym źródełkiem i następne zdarzenia, następne wspomnienia…

        Polubienie

  4. ~słonek pisze:

    Drogi Tatulu, wiele tutaj różnych komentarzy ….wiele …..ale myślę, że nikt nie doceni świąt w domu, kto nie spędził choć jednych poza domem. Łezki płyną potokami, gdy spędza się święta pośród innych kultur, zwyczajów itd ….piszę z doświadczenia, bo kilka lat święta spędzałem poza domem. Niech nie zabrzmi to jak szowinizm czy też przesadny patriotyzm ale nie ma jak u „polskiej mamy” …. kto nie wierzy jego rzecz. Nigdzie indziej barszcz wielkanocny nie smakuje tak samo, ani woda w poniedziałek wielkanocny nigdzie nie jest tak samo mokra jak w Polsce!”Nie ma jak u mamy …cichy kąt, ciepły piec…”czy też „do kraju tego …” jak pisał poeta.

    Polubienie

    • ~Tatul pisze:

      Słonek, Dziękuję za wspierajacy komentarz. Święta prawda. Trzeba przeżyć oddalenie, aby docenić bliskość i więzy rodzinne. Te uczucia najsilniej nas dopadają właśnie w czasie świąt.Jestem również miłośnikiem tekstów W.Młynarskiego, bo nikt tak jak on potrafi ująć sedno spraw, a że towarzyszy temu również dobra muzyka, więc…Tak jest. Nie ma jak u Mamy…Pozdrawiam

      Polubienie

  5. Tatulu, dzięki temu wpisowi sprzed 6 lat, dzięki odpowiedzi na wpis Córki z dzisiejszą datą potrząsnąłeś mną lekko i przywróciłeś właściwą perspektywę. Bo się już całkiem zafiksowałam na mycie okien, robienie zakupów, rozpiskę co i kiedy muszę zrobić….muszę, muszę, muszę i prawie zatraciłam świadomość po co to robię.
    Jestem ateistką. Wielkanoc nie ma dla mnie wymiaru religijnego. Jednak jest okazją do zebrania najbliższych wokół stołu i pobiegnięcia myślami „do miejsc nieobecnych”. Dzięki za przywrócenie mnie do rzeczywistości i tego, co najważniejsze.

    Polubienie

    • tatul pisze:

      Witaj Zante. Cieszę się z tego, że moje wspomnienie na coś się przydało. Niezależnie od zapatrywań każdy człowiek podobnie przeżywa samotność i tęsknotę przeżywaną z dala od swoich. Ja przeżywałem te święta po swojemu, a jak przeżywali to moi współlokatorzy? Topili tęsknotę w alkoholu? Chcieli przespać ten trudny czas? W święta jest to szczególnie trudnym doświadczeniem..
      Polecam Ci komentarz pod tym tekstem napisanym przez
      Pozdrawiam świątecznie

      Polubienie

  6. Dobrze,że tradycja została. Dzieci będą miały co wspominać. Jak najwięcej miłych chwil.! Coraz częściej czytam o propozycjach spędzenia świąt w różnych uzdrowiskach, a i celebryci lansują wyjazdy w ciepłe miejsca za granicą naszego kraju. Pewnie niedługo będzie to normą.

    Polubienie

  7. ~miral59 pisze:

    Wątek świąteczny, więc tu złożę serdeczne świąteczne życzenia…
    Przede wszystkim zdrowych Świąt Wielkanocnych, szczęśliwych chwil w gronie najbliższych i jak najbardziej mokrego Dyngusa!!!

    Polubienie

  8. ~miral59 pisze:

    A święta na emigracji… Mam je od wielu lat. Nie jestem tu sama, bo mam i męża pod bokiem i dzieci. Co roku na Wielkanoc przylatywała do nas moja mama… W tym roku już nie przyjedzie… Zmarła w Wielki Piątek… rok temu…
    I na pewno są to inne święta niż te w Polsce. Cała moja rodzina i nasi przyjaciele zostali… oni nadal się spotykają… z nami tylko przez Skype i telefonicznie…
    Musiałeś być w Chicago bardzo, bardzo dawno, Tatulu, bo co roku proboszcz zaprasza do udziału w Triduum Paschalnym. I to właśnie na Jackowie, w Bazylice św. Jacka.

    Polubienie

    • Witaj Miral, masz rację. Bardzo dawno to było bo w latach 85-87. Wtedy jeszcze nie była to Bazylika. Przez jakiś czas mieszkałem o kilkadziesiąt metrów od kościoła św. Jacka i tam kierowałem swoje kroki. Później przeniosłem się na Belmont- Pulaski ale nadal chodziłem do św. Jacka.
      W dacie śmierci Twojej Mamy jest jakaś symbolika, prawda?
      Tak się jakoś składa, ze życiorysy niektórych przystają do treści tych świąt.
      Otrzyjcie już łzy płaczących…
      Jutro Wielka Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego
      Miłego świętowania

      Polubienie

      • ~miral59 pisze:

        Nie pamiętam dokładnie roku, w którym kościół zyskał miano bazyliki… ale to jeszcze papież Jan Paweł II ją mianował. Pod koniec lat 90 i na początku tego wieku, kościół przeszedł remont generalny. Od posadzki po organy… Zmieniał się w naszych oczach…
        Jeśli przeniosłeś się na Belmont – Pułaski, to i tak nie miałeś do kościoła daleko. Myśmy na Jackowo dojeżdżali z Schiller Park. A to dużo dalej.
        Siostra męża pracowała w biurze podróży na Milwaukee i Central Park, czyli praktycznie bardzo blisko kościoła. Pracowała 7 dni w tygodniu. W niedziele zaczynała pracę o 9 i o tej godzinie zaczynała się msza dla dzieci… Zabierała nas ze sobą. Po mszy wracaliśmy jej samochodem do domu, po drodze robiąc tygodniowe zakupy. A gdy kończyła pracę, dzwoniła, mój mąż jechał po nią i zabierał do domu. Dopiero po dwóch latach kupiliśmy swój samochód, po dziesięciu dom i przenieśliśmy się do Franklin Park. Gdy zaprosiliśmy do nowego domu proboszcza, bardzo się dziwił, że jeździmy na Jackowo. Jadąc do nas naliczył coś z pięć kościołów po drodze… Ale prawda jest taka, że jak się tylko tu przyjedzie (szczególnie nie znając języka) i nie ma się pojęcia gdzie co jest, to korzysta się z podpowiedzi innych. Szwagierka podpowiedziała nam Jackowo… A w sumie w Schiller Park jest kościół, na Irving Park i Wagner. Tylko siostra męża nie chodzi do kościoła, to skąd mogła wiedzieć…

        Polubienie

      • ~miral59 pisze:

        Wiem, bo pisałeś, że mieszka w Schiller Park, a przecież 10 lat mieszkałam w tej dzielnicy, a moja szwagierka mieszka tam nadal…
        Mój syn uczył się najpierw w Lincoln Middle School, a potem tam gdzie zaczynała córka, czyli w East Leyden High School. Szkoła syna była w Schiller Park, ale już córki we Franklin Park. Tuż za granicą dzielnicy… To było tak dawno…
        A parafie w USA kierują się innymi zasadami niż w Polsce. Tu nie ma rejonizacji. Każdy sam sobie wybiera gdzie będzie chodził do kościoła. Mam znajomych, którzy prawie co niedziela są w innym kościele. Gdzie im przyjdzie fantazja. Nie ma też kolędy jako takiej. To nie ksiądz ustala gdzie w danym roku będzie kolędował, a każdy parafianin, który chce gościć księdza musi pofatygować się do kancelarii parafialnej i zaprosić. Jest też możliwość wyboru księdza. Jeśli jakiegoś lubię specjalnie, to go zapraszam. Ustala się też konkretny dzień i godzinę. Także nie muszę warować pół dnia w oczekiwaniu na wizytę. Nie ma też ministranta, który takiego księdza poprzedza. Wiadomo, skoro zapraszam osobiście, to znaczy że chcę takiej wizyty… Do nowego domu zaprosiłam proboszcza, bo najbardziej go lubiłam. Początkowo nie wiedziałam, czy znajdzie czas… W tym czasie był również dziekanem, czyli miał pod sobą 10 parafii. Zajęty był niesamowicie. Miałam szczęście, bo gdy podawałam zmieniony adres i powiedziałam, że proboszcz zawsze przypomina o zgłoszeniu takiej zmiany, odezwał się gdzieś z głębi kancelarii. Ucieszył się, że słuchamy i realizujemy to o co prosił. Nasza córka była akurat z nami. Przyleciała z Denver w odwiedziny. Chciałam zaprosić proboszcza zanim ona wyjedzie… Udało mi się 😀 Nie chciał, żeby po niego przyjechać. Wolał przyjechać sam, parafialnym samochodem. Jak nam wyjaśnił, kiedyś był na weselu góralskim. Młodzi zapraszając go obiecali, że jak tylko będzie chciał wracać, odwiozą go bezzwłocznie. Nie dotrzymali obietnicy i wrócił na plebanię o 4 rano, a miał celebrować mszę o 6. Ani to poczekać, ani kłaść się spać. Od tamtej pory używał tylko swojego (parafialnego) samochodu, bo przynajmniej wracał o której chciał… Kilka lat wcześniej, gdy zaprosiliśmy (jeszcze do wynajmowanego mieszkania) księdza Stasia, trzeba było po niego pojechać. Zaraz po Bożym Narodzeniu był z proboszczem w Kolorado na nartach i złamał rękę. Nie mógł samodzielnie prowadzić samochodu…
        Takie drobne szczególiki… Wspomnienia wracają… 9 marca minęło 17 lat jak przyjechaliśmy tu na stałe. Wiele się wydarzyło… takich ważnych i mniej ważnych zdarzeń… Ale to co najbardziej cenię, to to, że zawsze byliśmy razem z mężem. Czy na wozie, czy pod… Nie wiem jak wytrzymałabym zbyt długą rozłąkę… To musi być wielkim wyzwaniem i trudną próbą. Samotnemu zawsze jest ciężko…

        Polubienie

      • ~miral59 pisze:

        A ze śmiercią mamy wiąże się pewne zdarzenie…
        W środę dostałam na e-maila wiadomość od brata, że mamie zaczęły się robić odleżyny. Próbowali już chyba wszystkiego i nie da się ich zaleczyć… Serce mi się ścisnęło, bo wiedziałam, że to już końcówka jej życia… za długo pracowałam w szpitalu, żeby tego nie wiedzieć… Zadzwoniłam do niego raniutko w czwartek. Prosił, żebym poszukała tutaj jakiegoś środka/maści. Może mają tu lepsze, takie które zadziałają. Obdzwoniłam wszystkich znajomych, którzy mogliby mi coś podpowiedzieć. Dostałam kilka nazw leków… Wiedziałam, że stanę na uszach, ale znajdę ten „najlepszy lek” dla mamy. W piątek z samego rana (u mnie) zadzwoniłam do swojej przyjaciółki w Polsce. Ona nadal pracuje w szpitalu i pomyślałam, że może z zapasów szpitalnych znajdzie coś, czego nie można kupić w sklepach, a co jest dobre… Przywitała mnie kondolencjami… Mama zmarła w piątek rano… Chociaż spodziewałam się, że TO nastąpi, ale doznałam szoku, że to już…
        Postanowiłam pojechać do pracy. Siedzenie w domu, w samotności i rozpamiętywanie było bez sensu… Na parkingu, zanim wsiadłam do samochodu, zobaczyłam białą mewę. Leciała bardzo nisko… zatoczyła nad moją głową dwa kręgi i odleciała… Nigdy wcześniej nie widziałam na naszym parkingu mew… I o dziwo, spłynęła na mnie jakaś taka ulga… odruchowo pomyślałam, że to mama przyszła się ze mną pożegnać… wiedziała, że interesuję się ptakami i na mewę, szczególnie taką białą zwrócę uwagę… Może to głupie, ale pomogło mi przetrwać ten najtrudniejszy czas…
        Na tym terenie gdzie mieszkam, najpopularniejsze są dwa gatunki mew: popielata i delawarska. Obie od spodu są białe, ale końcówki skrzydeł mają czarne. Ta nie miała… była cała śnieżnobiała… przyjrzałam się jej dobrze, bo te kręgi nade mną zataczała bardzo nisko…

        Polubienie

      • Niesamowita opowieść, a do tego doskonale wplata się w treść opowieści emigranta. Dziękuję.
        Dobrze, że już poukładałaś sobie wszystkie wątki związane z odejściem Mamy. To trudne doświadczenie i ten, który to przeżył wie o czym rozmawiamy.
        Pozdrawiam

        Polubienie

      • ~miral59 pisze:

        Poukładałam… Chociaż nie było to łatwe… Nie byłam z mamą na codzień, ale co roku wiosną przylatywała „zaczerpnąć świeżego powietrza”… Mieszkała z moją siostrą i jej rodziną… a szwagier… bez obmowy… ale to typowy despota. Nawet mama bała się podejmować samodzielne decyzje. U nas czuła się swobodna. Chociaż zawsze potrzebowała przynajmniej dwóch tygodni, żeby „odtajać”. Na początku, gdy coś jej kupowałam, trzęsła się, co też powie na to mój mąż. A co ma powiedzieć? Jeśli była taka potrzeba, to się kupiło i koniec!!! Mąż zna mnie na tyle, że wie, że nie wywalę pieniędzy na byle co, bo za ciężko na nie pracuję. A poza tym… Na wszystkie rachunki składamy się wspólnie, a to co zostaje jest do naszej dyspozycji. Ja nie ingeruję w to na co małżonek wydaje (wiadomo że nie przepije), ani i on nie pyta mnie o to. Większe zakupy są dokładnie omawiane i uzgadniane. Także te drobne kwoty, które wydawałam na mamę, nie były obciążeniem naszego budżetu…
        Mama czuła się u nas bardzo dobrze. Zwykle jesienią jej lekarka rodzinna pytała, kiedy znowu pojedzie do córki. Widziała, że mama jest zmęczona i przygnębiona, a u nas odżyje… Zawsze stosowałam wobec mamy tą samą terapię… najpierw zaprawa, czyli latanie po sklepach, żeby wyrobić kondycję, a potem dalekie wycieczki. Gdy przyjeżdżała, po 15 minutach chodzenia była zmęczona, po dwóch tygodniach potrafiła kilka godzin chodzić i podziwiać widoki. Zwiedziła nie tylko Illinois, ale zabrałam ją do Wisconsin, Indiana i Michigan. Była między innymi na Festiwalu Tulipanów w Holland, Michigan, czy w House on the Rock w Wisconsin. Wybierałam jej takie trasy, żeby mogła jak najwięcej obejrzeć, ale żeby nie padła mi na serce z przemęczenia… Mimo intensywności wycieczkowej, zawsze wracała do domu wypoczęta, szczęśliwa i pełna werwy…
        Nie mam wyrzutów sumienia co do mamy. Zawsze robiłam co w mojej mocy, żeby jej pomóc, natchnąć optymizmem. Jak już była bardzo chora i nawet nie pamiętała ile i jakie ma dzieci, pamiętała wizyty u mnie. Prosiła mojego brata, żeby ją zawiózł do tej drugiej córki, bo tam było jej dobrze… Czyż trzeba większej pochwały?
        Może dlatego było mi łatwiej… Pomogło mi też i to, że nie byłam na pogrzebie. Do tej pory nie dociera do mnie, że mamy już nie ma… Na długo przed jej śmiercią nie miałam z nią kontaktu. Nie wiedziała do czego służy telefon… nie umiała się zgłosić, ani przez niego rozmawiać… Taki jest Alzheimer… W mojej podświadomości mama żyje, tylko po prostu nie mam z nią kontaktu…

        Polubienie

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.