Brzydkie słowo na "k"

Wyjaśniam od razu, że chodzi tu o kryzys, a nie o słowo – przerywnik nadużywane powszechnie w potocznym języku. Nie wiem kto po raz pierwszy tak trafnie ujął problem nieszczęścia, jakie spłynęło tzw. efektem domina na nasz kraj, z samych wyżyn światowego biznesu, czyli z USA. Nazwał ten problem krótko i w domyśle dosadnie. Przeczytałem już wiele opinii ekonomistów na temat przyczyn obecnego kryzysu ekonomicznego, jaki dotknął cały świat i potrwa pewnie jeszcze wiele lat. I odtąd stała, wyniosła i twarda, jak skała, z której powstała…Rozmawiałem też z wieloma ludźmi znającymi się na finansach na tyle, aby ogarnąć problem i wszyscy przyznają, że ci którzy zorganizowali ten przekręt wszech czasów byli geniuszami. Sprzedali z niewyobrażalnym zyskiem marzenia, i to milionom ludzi w wielu krajach jednocześnie. Dodajmy jeszcze, że sprzedali te marzenia biednym, których nie było stać na ich realizację i na koszt ludzi bogatych, jak również inwestujących wolne pieniądze w ten szemrany interes miast, czy nawet państw, które liczyły na zysk z wolnych kapitałów.
Stracili wszyscy. Ci, którzy nabyli na kredyt domy po wyśrubowanych cenach napędzanych sztucznie kreowanym popytem i teraz muszą te zawyżone kredyty spłacać ze świadomością, że realna wartość nieruchomości stanowi obecnie nikłą część sum za jakie je kupili. Stracili również ci, którzy kupili papiery wartościowe funduszy finansujących ten superprzekręt i pozostali z papierami o wartości papieru, na którym je wydrukowano. Islandia ogłosiła niewypłacalność z tego powodu, a inni wciąż bronią się pompując ogromne pieniądze w ratowanie swoich systemów finansowych, na koszt podatników przecież. Autorzy superprzekrętu zgarnęli miliardy, wypłacili sobie ogromne premie za te niewątpliwe sukcesy i korzystają teraz z zasłużonego odpoczynku. Włos im z głowy nie spadnie. Spadnie za to biednym podatnikom, którzy za to wszystko będą płacić przez pokolenia. Na bogatą Amerykę spadł przygnębiający strach. Są teraz bardziej zadłużeni niż my. Relatywnie oceniając. Co się teraz stanie z ich odwiecznym mechanizmem napędowym zapisanym w słowach
AMERICAN DREAM? Tak pięknie się sprawdzał ten mechanizm. I promieniował na świat.
    G
dy wyjeżdżałem w 1984 r. do Chicago funkcjonował w obiegu gorzki żart, niby z ogłoszenia prasowego: zamienię mieszkanie w Warszawie na miejsce pod mostem w Nowym Jorku. Teraz, jak słyszę, że Chińczycy wyjeżdżają w sposób zorganizowany kupować domy w USA to myślę, ze świat się przewrócił do góry nogami. Od dawna wśród komentatorów funkcjonowało powiedzenie: – Jak Ameryka kichnie, to cały świat zachoruje na zapalenie płuc. Teraz to się chyba już spełniło, z tym że to USA chorują na zapalenie płuc. A co na to świat?
Co tam Ameryka? Ona sobie poradzi i będzie tak, jak to już wiele razy bywało, że świat pomoże jej wrócić do równowagi i sfinansuje jej długi.
   Nasza Polska kochana ogłaszana do niedawna przez Premiera Tuska jako wyspa szczęśliwości na wzburzonym oceanie kryzysu, wczoraj ostatecznie straciła tę cnotę. Bank Światowy właśnie ogłosił nową prognozę i przewiduje u nas recesję, czyli spadek wysokości PKB o ok. 1 procent. To niby niewiele, ale inwestorzy stracą animusz do inwestowania u nas i przeniosą się tam, gdzie zarobią więcej. Bezrobocie pewnie wzrośnie szybciej niż przewidywano. Ten sam Bank Światowy udzieli nam kolejnej pożyczki – drobne dwadzieścia parę miliardów. Pewnie skorzystamy. Żądania ludzi się radykalizują, a przed wyborami nie wolno ich gniewać. Dopiszemy zatem te miliardy do istniejącego już długu wynoszącego ponad 600 miliardów zł.  A zapytać nas obywateli o to, czy się zgadzamy na dalsze zadłużenie Państwa to nie łaska? Wątpię, czy ktokolwiek zgodziłby się na dalsze zadłużanie, gdyby wiedział, że nad każdym z nas, od niemowlęcia do starca już wisi ponad 15 tys. zł zagranicznych długów.
Ja się nie zgadzam! Szczególnie, że to już jest tzw. pętla kredytowa. Pożyczamy już często, aby spłacać stare długi. I mam świadomość, że trwa ten taniec chocholi mający głównie na celu utrzymanie się przy władzy i wygranie kolejnych wyborów. A w razie przegrania podrzucenie tego kukułczego jaja następcom. Oni też będą działać podobnie, a nam znowu wzrosną długi. Taka jest podobno demokracja. Mówisz co chcesz, a masz robić to, co ci każą. Rząd próbuje oszczędzać obcinając nawet finansowanie partii politycznych z budżetu, a opozycja odwrotnie. Dąży do zwiększenia wydatków upatrując w tym szansy na pobudzenie popytu, co zaowocować ma pobudzeniem gospodarki. Kupować będą coraz biedniejsi ludzie, ale od czego jest kredyt? Kupujemy na kredyt ulegając takim samym pokusom jak Amerykanie. I szybko ich doganiamy w poziomie zadłużenia budżetów domowych zwykłych ludzi.

   W reklamie usług jednego z banków słyszymy piękne zapewnienie: pieniądze są dla ludzi. Zapomnieli widocznie dodać, że dla ludzi z ich banku – jak i wszystkich innych banków, dla których pieniądz jest towarem, a więc zarobią na nas jeśli tylko weźmiemy u nich kredyt.

   Wczoraj odwiedził Polskę prezes Microsoftu – firmy bogatszej realnie od Polski i do tego przynoszącej wciąż wielkie zyski. Cóż nam doradza? Wzrost wydajności pracy i innowacyjności. Wypada więc zwiększać tę wydajność tylko, że w nie swoich już fabrykach. Rozwiniemy też innowacyjność, pewnie za pieniądze pożyczone, bo swoich nie mamy. I zastosujemy swoje know how w cudzych fabrykach. Kto na tym zarobi?
Polska? Czy może jednak JAŚNIE WIELMOŻNY PAN BANK? Wszechobecny i wszechogarniający coraz bardziej zglobalizowaną gospodarkę światową. A my, zwykli zjadacze chleba nadal będziemy pędzić, aby sprostać rosnącym wymaganiom codzienności. Będziemy brać dodatkową robotę do domu i dorabiać na boku. Jak nas mimo tego nie będzie stać, to pożyczymy. I tak do następnej decyzji podejmowanej nie tylko pod przymusem ekonomicznym. Tańcz chochole!!!

   A co na to nasi włodarze? Czy dobrze rządzą krajem? A z czyjego nadania oni tak rządzą? Czy to nie my, wyborcy dajemy im mandat na to rządzenie? Teraz właśnie ruszyła kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego. Już się szczerzą, uśmiechają, obiecują. Damy wiarę temu co mówią nowi kandydaci do władzy? Czy pozwolimy na to, aby nadal załatwiali nasze życiowe interesy w sposób podobny do poprzedników, którzy tym się wsławili, ze wewnętrzne kłótnie przenieśli do tamtego forum i nie chcieli współpracować z innymi? Nie wszyscy z nich są nowi. Niektórzy kandydują do Parlamentu UE pomimo, że jeszcze pięć lat temu byli absolutnymi przeciwnikami naszej integracji z Unią. Straszyli utratą suwerenności, ogromną drożyzną, zalewem Niemców wracających do swoich przedwojennych majątków i czym tam jeszcze? Teraz nawet się tego nie wstydzą, bo… tylko krowa nie zmienia poglądów…

   Brzydkie słowo na „k” to jak widać nie tylko kryzys finansowy. Kryzysów ci u nas nieskończenie wiele. Liczę na to, że w komentarzach pomożecie mi choćby je wymienić, a może i wskazać na przyczyny?

 

PS.

Dzisiaj na lekcji przedsiębiorczości, omawiając bankrutujący właśnie system emerytalny wspomniałem moim słuchaczom czym był tzw. POLAIDS wschodu. To złośliwy termin na określenie naszych cech narodowych. Miał trzy fazy:

– I faza to ZNBOzWL, czyli Zespół Nabytego Braku Odpowiedzialności za Własny Los;

– II faza to ZNBOOzP, czyli Zespół Nabytego Braku Odpowiedzialności Obywateli za Państwo;

– III faza to ZZNBIS to Zbiorowy Zespół Nabytego Braku Instynktu Samozachowawczego.

 

   Gorzka konstatacja. Wszystko, co nabyliśmy w czasach PRL jakoś na trwałe nas upośledziło. Politycy tłumaczą to młodością naszej demokracji. Smutne, że jeśli to zdiagnozowali, to nadal trzeba brnąć w to bagienko? Z błota trudno się wybić do skoku, prawda? Chyba, że po kasę. A w Parlamencie Europejskim bardzo dobrze płacą.

Belfer roku, jak co roku…

 Pragnienie bycia docenionym tkwi głęboko w ludzkiej naturze. Wypowiadając te słowa William James ujął w możliwie najbardziej lapidarny sposób to, co stanowi istotną siłę napędową wszelkich działań ludzkich. Ja też podlegam działaniu tego zjawiska. Zawsze bardzo się starałem o to, aby moje zaangażowanie, jak i moją ciężką pracę ktoś docenił. Nie awansem, podwyżką, premią – chociaż nikt tym nie pogardzi, ale słowem uznania, jakimś wyróżnieniem, czy nagrodą nawet o symbolicznym znaczeniu. Nie jest łatwo o taką gratyfikację, ale tu ja osobiście nie mogę narzekać na los. Miewałem swoje dobre chwile. Niestety – większość z nich spotkała mnie w poprzednich miejscach pracy i był to już raczej odległy czas.
   Od ponad 20 lat pracuję w szkole. Tu chyba trudniej niż gdzie indziej przychodzi dopracować się uznania. Wszyscy nauczyciele są podobnie wykształceni, wykonują bardzo podobne zadania i są opłacani według z góry zaplanowanych stawek wynagrodzenia. Każdy z nas – jak sądzę – robi wszystko co może, aby to jego praca była zauważona i doceniona. Otrzymujemy wprawdzie dodatki motywacyjne za jakość pracy, ale są to symboliczne gratyfikacje sięgające średnio 3 proc. płacy zasadniczej. Raz na kilka lat może się przytrafić komuś z nas nagroda dyrektora szkoły – jakieś 3 do 5 setek, rzadko więcej, wręczanych z okazji Dnia Nauczyciela, ale i tu różnie bywa z wartościowaniem pracy, bo bywa, że są równi i równiejsi. Pensja nauczycielska to ciągle spadająca wartość w relacji do średniego wynagrodzenia w przemyśle. Co nam zatem pozostaje? Pozostaje zarobić na uznanie uczniów.
   Nie zawsze jest ono werbalnie wyrażane i rzadko od razu – częściej dopiero po latach. Pomiędzy młodymi ludźmi w szkole obowiązuje swoisty uczniowski kodeks honorowy. Nikt nie chce być nazwany lizusem, kujonem czy wazeliniarzem za sam fakt okazania belfrowi słów uznania, czy zwykłej sympatii. Jeśli zdarza się mimo tego usłyszeć jakieś słowa uznania od poszczególnych uczniów to jest to faktyczne wyróżnienie trudne do przecenienia.
Co robić, aby na to uznanie zapracować? Wszyscy wiemy, jak odmienne bywa podejście nauczyciela i ucznia do swoich obowiązków szkolnych. Nie wszyscy uczniowie chcą do maksimum wykorzystać szanse, jakie daje im szkoła. Nie wszyscy chcą ciężko pracować, a raczej wszyscy chcieliby mieć możliwie najlepsze oceny. Jak zatem uczniowie mogą potraktować nauczyciela, który dużo wymaga od siebie i uważa, że ma również prawo dużo wymagać od uczniów?
Z góry wiadomo, że na jednomyślność w ocenie trudno w tej sytuacji liczyć. Ja podszedłem do tego problemu dość pragmatycznie.W trzecim roku od podjęcia pracy w szkole, w 1992 r., przyszedł mi na myśl pomysł aby zapytać uczniów: – Jaki powinien być nauczyciel? Zapytałem wiec w anonimowej ankiecie wszystkich uczniów klas pierwszych w naszym Ekonomiku. Oto jakie uzyskałem odpowiedzi:

     

   Zastanowiło mnie to, że idealny nauczyciel powinien być przede wszystkim miły, wesoły, z poczuciem humoru, a jego fachowość i przystępność stosowanych metod przekazywania wiedzy zajęło dopiero 4. lokatę. Jest chyba oczywiste, ze wziąłem pod uwagę wyniki tego sondażu. Po paru latach posunąłem się jeszcze dalej, gdyż zaproponowałem uczniom – zwykle na początku roku, aby oni również oceniali mnie, ale już pod koniec roku. Dla wizualizacji tej oceny posłużyłem się tarczą strzelecką podzieloną na cztery ćwiartki, w których uczniowie strzałem, w skali 1 do 10 oceniali takie kryteria mojej pracy, jak:

– umiejętność zainteresowania lekcją,

– umiejętność pobudzenia ich aktywności,

– sprawiedliwość oceniania,

– okazywanie sympatii i zainteresowania uczniem.

Wyniki tego strzelania opracowywałem zbiorczo według klas i nauczanych przedmiotów. Oceny były dobre i bardzo dobre, ale dość zróżnicowane w obrębie przyjętych kryteriów. To z nich czerpałem informację, jak pracować z poszczególnymi klasami, aby choć zbliżyć się do ich wzorca.

   W 2005 roku, przy okazji tzw. awansu zawodowego do stopnia nauczyciela dyplomowanego postanowiłem wykorzystać materiały z oceny mojej pracy na przestrzeni wielu lat pracy i samooceny wspieranej opinią uczniów. Umieściłem te dane w sławnej teczce awansu zawodowego, obok innych jeszcze materiałów na ten temat. Dokonałem również porównania aktualnej opinii (2005 r.) uczniów na temat, jaki powinien być nauczyciel? Oto jak zmieniły się te oczekiwania na przestrzeni 13 lat.

    

    Nastąpiło odwrócenie priorytetów w obrębie pierwszych czterech kryteriów. Teraz najwyższe wymagania stawiano fachowości i przystępności stosowanych metod przekazu. Czy może mieć znaczenie fakt, że badani tym razem mieli większe doświadczenie z racji zaliczenia gimnazjum, a więc znali więcej nauczycieli? Ten wątek mojej pracy pokazanej w dokumentacji wykorzystanej w procedurze awansu zawodowego miał duże znaczenie dla uzyskania awansu.
   Obecnie, nosząc się z zamiarem napisania tego tekstu zapytałem w minionym tygodniu, w paru klasach o to samo, co tu przedstawiłem. Jaki powinien być nauczyciel? Teraz najmocniej stawiano na wyrozumiałość i sprawiedliwość w ocenianiu, przy nadal wysokim zapotrzebowaniu na poczucie humoru nauczyciela. Na kolejnych miejscach umieszczono umiejętność zainteresowania uczniów przedmiotem i umiejętność tzw. podejścia do uczniów.
Zmienny jest więc obraz zbiorowy idealnego nauczyciela.
Jak ja przystaję do tego obrazu? To jest pytanie kołaczące mi się po głowie od ponad dwóch tygodni, czyli od 30 marca, kiedy to wystartował w naszym województwie konkurs na Belfra Roku 2008/09. Ogłosiła go lokalna gazeta Echo Dnia wysyłając uprzednio do samorządów szkolnych propozycję zgłoszenia do konkursu swoich ulubionych nauczycieli. Prowadzono też na łamach tej gazety akcję promocyjną z kuponami zgłoszeniowymi. Samorząd mojej szkoły zgłosił moją kandydaturę jako jedyną z naszej szkoły. Gdy mnie o tym zawiadomiono, poczułem się wyróżniony, ale i zakłopotany w aspekcie tego, co napisałem wcześniej o względności takich ocen. Dyrekcja szkoły wsparła inicjatywę samorządu i zezwoliła na umieszczenie stosownego komunikatu na internetowej stronie szkoły, za co jestem również i jej serdecznie wdzięczny. Obserwuję teraz kolejne notowania w miarę jak do redakcji gazety napływają SMS-y z głosami poparcia dla poszczególnych kandydatów. Zastanawiam się jak dużo moich uczniów wie o konkursie, skoro nie czytają tej gazety i nie zaglądają na stronę szkoły? Myślę, że nie jest z tym najlepiej skoro w drugiej ze szkół, w której uczę na pół etatu nikt nie wie o konkursie, a przynajmniej nie wspomnina tego tematu w rozmowach. Jeszcze bardziej zastanawiam się nad tym, ilu z uczniów lub absolwentów zechce zainwestować w poparcie mnie całych 1.22 zł na SMS-a?Najbardziej chyba jednak istotne jest pytanie, jaka to będzie miara sukcesu, jeśli mierzy się ją ilością wysłanych SMS-ów? Przecież teoretycznie każdy, komu na tym zależy może wysłać na siebie nieskończona ilość SMS i wygrać, prawda?
Rzeczywistości nie da się odwrócić. Dzisiaj takie czasy, że nawet wygrane w poważnych festiwalach, czy konkursach wszelkich przeprowadza się w tej technice. Dlaczego zatem nie wyłaniać Belfra Roku tak samo, prawda?
  Dużo pytań postawiłem, prawda? Mam nadzieję, że przynajmniej na część z nich otrzymam odpowiedź od Państwa w formie komentarzy. Polecam się.

 

Opowieść wielkanocna z narodzinami Ani w tle

   Doczekaliśmy się Świąt Wielkanocnych. Przygotowani duchowo  rekolekcjami, jak i uczestnictwem w obrzędach tych najważniejszych  trzech dni poświęconych przypomnieniu Męki Pańskiej, Śmierci, złożenia do grobu doczekaliśmy dnia Zmartwychwstania Pańskiego. Dzisiaj w tłumie wiernych zaśpiewaliśmy podczas Rezurekcji Otrzyjcie już łzy płaczący, żale z serca wyrzućcie. Czytaj dalej

Ludzie, ludziom ślą życzenia

Przeżywamy właśnie szczyt sezonu składania sobie życzeń świątecznych.  Na wysyłanie życzeń pocztą jest już za późno, ale na otrzymywanie życzeń wcześniej wysłanych to najlepsza pora. Ciągle jeszcze mamy dobry czas na wysyłanie życzeń drogą elektroniczną. Dla zabieganych lub zapominalskich pozostaje ciągle jeszcze sprawne i szybkie urządzenie jakim jest telefon. Nawet już rozpoczęte święta to ciągle dobra pora, a jeśli zrobimy to z wyczuwalną przez drugą stronę życzliwością i serdecznością to miejmy pewność, że będą przyjęte i ważne. Czytaj dalej

Wielkanoc emigranta

     W przeddzień tegorocznej Niedzieli Palmowej, żona przypomniała mi fakt upływu kolejnej rocznicy mojego powrotu z USA – na „rodziny łono”. Minęło wprawdzie już wiele lat od tamtego powrotu, ale każda niemal chwila tam przeżyta odcisnęła się w pamięci na trwałe. Wracałem po dwu i półrocznym pobycie w Chicago, którego celem było – tak samo jak i teraz bywa z emigracją zarobkową do państw europejskich – zdobycie pieniążków na potrzeby rodziny. Czytaj dalej

Na Sanctus – łubudu! Tradycje świąteczne w Bogorii

   Ludowi przepowiadacze pogody posługują się różnymi schematami prognoz. Na najbliższe dni mamy zapowiedź: Jaka Palmowa – taka Wielka. Niedziela oczywiście. A ściślej pogoda w tę szczególnie ważną dla katolików Wielką Niedzielę jak i pozostałe dni Triduum Paschalnego.

   Skoro wybuchła wiosna i z dnia na dzień stało się tak pięknie, a niektórzy już narzekają, że jest zbyt gorąco, to jest i szansa na piękną pogodę w święta. Podzielę się dzisiaj wspomnieniem jakie towarzyszy mi od dzieciństwa, a związane jest z Bogorią, gdzie się urodziłem i wychowałem. Nigdzie nie spotkałem takich zwyczajów jakie były kultywowane u nas, od niepamiętnych czasów. Czytaj dalej

Nasz Wielki Patron – Jan Paweł II

Nasz Wielki Patron

Przedstawione w ostatnich postach rekolekcje w mojej szkole mają jeszcze jedną, szczególną wymowę, zwłaszcza dla pracujących w Zespole Szkół Ekonomicznych imienia Jana Pawła II w Staszowie. Dla zainteresowanych link strony tej szkoły: http://www.zse.staszow.eu/
Chociaż pozostałe szkoły średnie Staszowa też mają świetnych patronów, bo LO patronuje Prymas Tysiąclecia kardynał Stefan Wyszyński, a Zespołowi Szkół patronuje ks. Stanisław Staszic, to nasz patron niewątpliwie góruje nad miastem. Do tego rekolekcje odbywały się w kościele , który wzniesiono jako wotum wdzięczności za uratowanie życia Jana Pawła II w zamachu, którego wykonawcą był Ali Agca. Tam zakończyliśmy wczoraj rekolekcje, a dzisiaj 2 kwietnia będzie on miejscem obchodów wielu uroczystości związanych z czwartą rocznicą śmierci wielkiego Patrona.
Czytaj dalej

Jak to z wagarami bywa?

   Zakończyły się już rekolekcje 

   Dzisiaj na ostatniej nauce , prowadzący nauki  ksiądz Tomasz sprawdził –w trybie zabawowym – liczbę słuchaczy z poszczególnych szkół i niezależnie od tego jak duża to była liczba nagrodził ich dobrym słowem, a wszyscy kwitowali to brawami. Sprawdziły się słowa piosenki zespołu Queen: Show must go on. Prowadzący

naukę rekolekcyjną ks. Tomasz okazał się mistrzem, bo w sposób bardzo udany połączył treść z formą. Treść – trudną przecież – podawał w sposób bardzo przystępny. A forma? Forma została zaakceptowana przez młodzież i nagrodzona pięknymi kwiatami i oklaskami na stojąco. Spotkanie z młodzieżą nie musi być nudne. Treści wypowiadane Ex cathedra  nawet przez wybitnych uczonych w piśmie, często usypiały. A przecież nie powinny usypiać. Powinny zaciekawiać, intrygować, zmuszać do refleksji, a całość powinna być miłym przeżyciem. Słowa nauki kierowane były do wybranych, do tych co przyszli, do tych co wierzą, a jeśli mieli jakieś wątpliwości ( a któż ich nie ma), to te wątpliwości zostały w jakimś stopniu rozwiane, a postawy umocnione.

Jestem zadowolony z nauk rekolekcyjnych. Pogratulowałem mistrzostwa koledze szkolnemu, księdzu Tomaszowi i na tych łamach (gdzie czasem zagląda)chcę mu jeszcze raz podziękować. Dobra robota księże Tomaszu!

   A co do treści mojego posta „Wagary od wiary”, to z satysfakcją odnotowuję fakt, że od dnia zamieszczenia do dziś zajrzało na stronę ponad 1400 osób. Komentarze też mówią same za siebie. Piękne słowa i głębokie przemyślenia bardzo wzbogaciły ten mój udział w dyskusji na temat „Młodzież i kościół” jaka w tym czasie rozbrzmiewała w Onet.pl Blog w ramach „Gorącego tematu.

Miałem również wizyty wrogich sprawom religii osób i ich komentarze też mówią same za siebie. Bez satysfakcji stwierdzam, że moje przewidywania co do frekwencji potwierdziły się. Czynnie uczestniczyło w naukach jedynie około 20 procent uczniów. Co robili i gdzie przebywali w czasie wolnym od nauki? Nie wiem. I nie chcę wiedzieć. Dyskusję na temat rekolekcji prowadziłem również na Naszej klasie z niektórymi osobami . Za zgodą autora przytoczę jedną wypowiedź:

 

Witam Pana w to wiosenne popołudnie:)
Powinnam chyba teraz spacerować i cieszyć się piękną pogodą, a ja siedzę przed komputerem. Właśnie czytam odpowiedzi w Pańskim blogu. Każdy temat wiary to temat kontrowersyjny. Nie wiem czemu wszyscy ateiści tak się czepiają katolików. Przecież dla nich nie ma Boga, więc raczej powinni udowadniać to, że nie ma Boga, a nie to, że kościół katolicki jest zły. Takie podejście zdaje mi się być po prostu modne! Nie wiem gdzie jest błąd, że społeczeństwo tak traktuje to co ma, że Bóg teraz jest tak dostępny, że Kościół się otworzył, że władza nie zabrania nam nawet rekolekcji i daje dzień wolny od szkoły…
Na moje pytania o ocenę frekwencji na rekolekcjach oraz o ocenę wypowiedzi „Ateisty w komentarzach do posta, dodała:

To, że tak mało osób przyszło dziś do Kościoła było po prostu przykre! Kiedy szłam do Ekonomika, pomyślałam, że imię tej szkoły będzie mnie do czegoś zobowiązywać. Przecież sam Jan Paweł II jest naszym patronem! On nam zaufał, uwierzył w młodzież, a my co? A my teraz odstawiamy wszystko to na bok. Jakby to wszystko co on mówił nie miało dla nas znaczenia. A co z Bogiem? Który jest wśród nas. Jego też odstawiamy, gdzieś na bok, skoro nie ma potrzeby się modlić. A dopiero potem „jak trwoga to do Boga”. Przykro mi patrzeć na to wszystko.
Myślę, że nie ma sensu prowadzić dyskusji z przeciwnikami wiary, bo ich argumenty są ciągle te same. Rozpoczynają od tego, że Ewangelia jest nie prawdziwa, że została sfałszowana przez Kościół. Wykorzystują kilka przykładów księży homoseksualistów, aż po rzekomy wyzysk Kościoła.  

 

   Taką mamy młodzież. Dobrą i głęboko zaangażowaną w sprawy najwyższych wartości, ale i w każde inne sprawy. Ci, którzy nie przyszli, na pewno w dużej części uczestniczyli w naukach prowadzonych równocześnie niemal we wszystkich parafiach. Znaczna część jeszcze nie doznała potrzeby dokonania refleksji nad sobą, ale kiedyś sami poszukają drogi. Jestem tego pewny. Moi uczniowie wiedzą jakim ja byłem nastolatkiem. Opowiadałem im to wielokrotnie.  Moi bliscy też to wiedzą. Ludowe przysłowie głosi, że: ”Dobrego karczma nie zepsuje, a złego i kościół nie naprawi”. Pamiętam słowa pewnego spowiednika z kościoła w Bydgoszczy gdzie kończyłem szkołę średnią, który niemal krzyczał na mnie w reakcji na pewne moje zaniedbania: „Bądź gorący, a nie ledwo ciepły w wyznawaniu wiary. Ty jesteś zaledwie letni!!! Nie wiem czy nie lepiej byłoby gdybyś był zupełnie zimny!!!” Te s
łowa, mimo upływu niemal 50 lat ciągle brzmią mi w uszach. Wtedy byłem zagniewany. Jak on tak mógł mi powiedzieć, myślałem. Od dawna już wiem, że dobrze zrobił. Nie wiem tylko dlaczego do niego skierowałem wtedy swoje kroki. Akurat w tym dniu i do tego konfesjonału gdzie on spowiadał. Coś podejrzewam, ale nie jestem pewny.

   Nadałem tamtemu postowi tytuł nieco prowokujący, bo chciałem wywołać dyskusję i poruszyć wyobraźnię czytających moje opowieści. Nie daję odpowiedzi, ale stawiam pytania. Myślę, że każdy sam sobie odpowie.

   Ja, i ci o których piszę, dobrze i z pożytkiem dla siebie wykorzystali czas rekolekcji. Część – spora – urządziła sobie wagary. Poruszamy się po szkolnym podwórku, a więc wiemy, że znaczna część uczniów nie uczy się niczego, a zalicza klasy dzięki ściąganiu  czy odpisywaniu. Jaki będzie z nich pożytek dla społeczeństwa, sami dowiedzą się w momencie różnych prób, przed jakimi postawi ich życie. Moi uczniowie znają myśl, którą wywieszałem często na swoich gazetkach szkolnych.

Żadna ściąga nie podpowie ci jak trzeba żyć, do tego trzeba wiedzy!

   Mieliśmy okazję na poznanie ważnych prawd. Szkoda, że tylko nieliczni skorzystali. Ich wybór nie był oparty na wiedzy. Nasz tak.