Okno na świat

   Nieoczekiwanie otrzymałem od mojej córki Małgosi inspirujący pomysł na temat do kolejnego posta. Spróbuję napisać, na co patrzył przez okno Mj tato, a jej Dziadek Zimek, bo tak brzmiało pytanie wnuczki. Wszak są to „Tatulowe opowieści” Czytaj dalej

Moja droga Aulelio

 

 

   Nie mogę zrozumieć dlaczego, i na jakiej podstawie zarzucasz mi posiadanie złych cech i jeszcze gorszych intencji. Posługując się różnymi podpisami, co jakiś czas „zaszczycasz” mój blog komentarzami, których jedynym celem jest dokuczanie mi. Jak bowiem ocenić stawiane w różnym czasie zarzuty o to, że: – „sięgam po tematy jakich sam Dalajlama by nie wymyślił”, że „posługuję się strachem przy budowaniu relacji z uczniami”, albo jak w ostatnim wpisie, że „czepiam się młodzieży”.Są to wyraźnie osobiste ataki, bo nie nawiązują do treści bloga. Odczuwam je jako przykrość i dlatego za każdym razem pytam innych czytelników komentujących w rozmowach moje kolejne posty o to czy mają podobne do Twoich odczucia. Pytam też siebie: – co złego uczyniłem, że stworzyłem sobie takiego osobistego przeciwnika?

   Mam świadomość tego, że publikując swoje przemyślenia w Internecie zawsze narażam się na czyjś atak. Mam, jako autor tego bloga możliwość usunięcia wszelkich komentarzy burzących w jakiś sposób mój spokój– np. poprzez swoja treść lub formę. Wielu autorów innych blogów zamieszcza pouczenie o zasadach komentowania. Informują w nich o tym, co każdy gość wchodzący do czyjegoś domu z wizytą wie doskonale. Ja nie zamieściłem takiej informacji, bo sam czułbym się źle w sytuacji gdyby przy wejściu do kogoś pouczano by mnie o tym co mi wolno, a co nie wypada robić będąc jego gościem. Ja zapraszam do komentowania wszystkich i niemal wszystkim odpowiadam na blogu. Sam komentując czyjeś posty spotykam na innych blogach ograniczenia typu” „zaloguj się” lub „ twój komentarz wymaga zatwierdzenia”. Nazywam to ograniczeniem swobody i dlatego nie wprowadziłem tego u siebie.

   Piszę w kolejnych „Tatulowych opowieściach” o tym co mnie nurtuje jako człowieka, męża, ojca, nauczyciela czy zwykłego zjadacza chleba. Cieszy mnie rosnącą liczba odwiedzających mój blog czytelników. Cieszą mnie też znajomości i przyjaźnie zawarte na tej drodze swobodnej wymiany myśli. Dlatego pytam: – Aulelio, dlaczego Ty jedna wnosisz do tej rozmowy wrogie akcenty i burzysz przyjazną atmosferę? Dlaczego, jeśli mnie nie lubisz osobiście, lub nudzą Cię moje teksty wchodzisz do „mojego domu” jako mile widziany gość, a postępujesz tak jak wróg? Czy zechcesz odpowiedzieć na te pytania?

   W niedzielę słuchałem audycji radiowej, w której dyskutowano sprawę tzw. „polskiego piekła”.Jedna z osób biorących udział w dyskusji użyła dla zilustrowania przyczyn tego niechlubnego zjawiska czyjegoś powiedzenia. Brzmiało ono następująco: „Cóż dobrego ci uczyniłem, że tak mnie nienawidzisz?”

   Aulelio, Tobie dedykuję to pytanie!

Fe`erie

Mam pytanie: – Czy ferie zimowe jakie u nas właśnie się rozpoczynają biorą swoją nazwę z francuskiego słowa użytego w tytule? Według Słownika wyrazów obcych oznacza ono ni mniej ni więcej, tylko – ”widowisko teatralne odznaczające się baśniowym nastrojem, fantastycznością dekoracji i kostiumów, efektami muzycznymi, świetlnymi itp.  Czytaj dalej

Szlachetne zdrowie…

Obchodzimy właśnie Światowy Dzień Chorego. Ustanowił go nasz Papież Jan Paweł II w 1992 r „aby poświęcić jeden dzień w roku modlitwie, refleksji i dostrzeżenia miejsca tych, którzy cierpią na duszy i ciele”. Ośmielę się postawić tezę, że jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, że ON sam stanie się wkrótce najważniejszym spośród chorych, jeśli nie dla całego świata to na pewno dla nas, jego rodaków z Polski. Udzielił nam, wszystkim wspaniałej lekcji jak należy przeżywać chorobę i jak walczyć ze słabością ogarniającą coraz bardziej wątłe ciało. Ta lekcja została w sposób naturalny przedłużona o etap odchodzenia do lepszego świata. Był wielkim człowiekiem, o nadzwyczajnym dorobku w postaci dzieł materialnych jakie pozostawił, ale i tego niemierzalnego kapitału wiary jaką pozostawił w nas. Wszak:  kto uczy ten sieje, a kto słucha ten zbiera plony tego siewu, prawda? Myślę, że te lekcje wryły się nam głęboko w pamięć i będą aż po nasz kres kształtować nasz sposób myślenia o kruchości zdrowia i życia, tak naszego jak i naszych bliskich.

   Zdrowie od zawsze stanowiło największą troskę ludzi i to niezależnie od stanu majątkowego czy pozycji społecznej. Przypomnijmy sobie jak pisał o zdrowiu nasz J. Kochanowski.

Na zdrowie”

 Ślachetne zdrowie,
Nikt się nie dowie,
Jako smakujesz,
Aż się zepsujesz.

Tam człowiek prawie
Widzi na jawie
I sam to powie,
Że nic nad zdrowie
Ani lepszego,
Ani droższego;
Bo dobre mienie,
Perły, kamienie,
Także wiek młody
I dar urody,
Mieśca wysokie,
Władze szerokie
Dobre są, ale –
Gdy zdrowie w cale.
Gdzie nie masz siły,
I świat niemiły.
Klinocie drogi,
Mój dom ubogi
Oddany tobie
Ulubuj sobie!

 Ano właśnie. Nie ma nic ważniejszego nad zdrowie. Ktoś powiedział, że: zdrowy żebrak jest szczęśliwszy od chorego króla. Czyż  nie miał racji?

   Pora wyjaśnić dlaczego ja podejmuję ten temat. Otóż w 1989 r kiedy powróciłem po kilkuletniej przerwie do pracy w Zespole Szkół Ekonomicznych w Staszowie na zwolnione właśnie miejsce nauczyciela przysposobienia obronnego, zostałem zmuszony po raz kolejny uczyć się, teraz całkiem nowego przedmiotu. W programie obok zagadnień obronnych był duży ładunek wiedzy o pierwszej pomocy przedlekarskiej, a jej uzupełnieniem było sporo tematów z zakresu opieki nad osobą chorą obłożnie. Pamiętam skupione twarze uczniów słuchających wykładów o odżywianiu i karmieniu chorego, utrzymywaniu higieny jego ciała, o zmianie bielizny osobistej i pościelowej, słaniu łóżka czy przeciwdziałaniu odleżynom. Aby utrzymać ich zainteresowanie, świadomie grałem na ich uczuciach porównując los dziecka i starca. Zabiegi takie same, ale porównajmy jak słodko karmić, kąpać czy zmieniać pieluchy kochanej kruszynce a jak trudno wykonywać te same czynności przy chorym dorosłym. Dzieciątko przychodzi na świat gołe, a starzec tak też odchodzi z tego świata. Wcześniej, niestety najczęściej musi się wiele nacierpieć. My możemy zrobić bardzo dużo, aby ulżyć mu w tym cierpieniu, tak fizycznym jak i psychicznym. To robiło wrażenie. Myślę, że tamci uczniowie do dzisiaj pamiętają tamte lekcje a może i mieli już okazję wykazać się tamtą wiedzą w życiu. Trwało to kilka lat. Później zmieniono program obcinając czas potrzebny zdaniem MEM na inne przedmioty. O ile wiem to nie ma już tej tematyki w programach szkolnych – może z wyjątkiem pielęgniarstwa. Czy ta wiedza faktycznie była zbędna dla uczniów szkół średnich? Czy opieka  nad chorymi zostanie w całości skomercjalizowana i wyprowadzona z domów rodzinnych do domów spokojnej starości, hospicjów itp? A my, czy gotowi jesteśmy odpłacić w ten sposób naszym rodzicom za ich miłość i oddanie z jakim nas pielęgnowali?

   Jeśli dopuszczamy takie pomysły do naszych głów to wspomnijmy relacje telewizyjne z Domu Spokojnej Starości w (nomen omen) Radości, gdzie bito podopiecznych i znęcano się nad nimi psychicznie. W reportażach z takich miejsc słychać wielką gorycz w wypowiedziach pensjonariuszy opowiadających jak oni się tam znaleźli. Zwykle nie śmią jednak oskarżać o to swoich dzieci. Mam wycinek z GW sprzed kilku lat, zawierający wstrząsający dla mnie reportaż z Domu Pomocy Społecznej w Górze Kalwarii – największego tego typu zakładu w Polsce, gdzie:- „prawie nie widać odwiedzających. Na taką porcję miłości ma szansę jedynie co piąty pensjonariusz.. Każdy z nich oddawał na utrzymanie 70 proc. swojej emerytury. Resztę miał do dyspozycji. Otóż wg personelu rodziny przychodzą często po to aby zabrać te końcówkę. Nie pytają o zdrowie rodzica, tylko czy był listonosz”.

Ciekawe, czy oni liczą się z tym, że też będą kiedyś chorzy i starzy. Ich dzieci już się uczą od nich jak załatwiać takie sprawy. W czasie ostatnich świat Bożego Narodzenia usłyszałem po raz pierwszy o babkach świątecznych – jak żartobliwie nazywali lekarze podrzucane na ten czas do szpitali staruszki. Takie przykłady można mnożyć. Znamy je również z życia jakie się toczy wokół nas..

   To o osobach starych. A chore dzieci? Te bardziej nas poruszają niż starcy. One są też głównym tematem tegorocznego orędzia papieskiego, wygłoszonego  z okazji XVII Dnia Chorego. Choroba dzieci to jak wyrzut wobec wszelkich praw z Boskimi włącznie. Dlaczego los tak ciężko doświadcza małe dzieci u progu ich życia ?Trudno to pojąć ,ale to mobilizuje ludzi do działania. Znamy wiele akcji mających na celu przyniesienie im poprawy zdrowia. Nasz fenomen  WOŚP Jerzego Owsiaka, zrobiła wielkie rzeczy wyposażając onkologię dziecięcą, w sprzęt diagnostyczny pozwalający wcześniej wykryć i wyleczyć chorobę. Piękna kartę humanitaryzmu zapisują wolontariusze, głównie młodzi ludzie otaczający opieka chorych i samotnych. W mojej szkole sporo jest takich osób. Napisałem im tu na blogu swoistą laurkę na dzień wolontariatu w poście Pomocnicy Pana Boga. Zyskują tym dozgonną wdzięczność chorych i samotnych . Tym nie trzeba wiele. Są wdzięczni za życzliwa obecność, drobne przysługi, czy choćby za potrzymanie za rękę. Choroba to nie tylko cierpiące ciało. Chyba bardziej cierpi dusza. I o tym w takim dniu trzeba pamiętać.

Milcz, jak do mnie mówisz!!!

   Ryki w Rykach, jak to jeden z autorów bloga nazwał swój komentarz do dyskutowanego ostatnio problemu wychowania młodzieży, rozbrzmiewają na całą Polskę.

                        

 

   Wszystkie media poświęcają temu problemowi swoje najlepsze miejsce na łamach, czy też najlepszy czas antenowy. Wczoraj w jednym z magazynów informacyjnych TV pytano o komentarz w tej sprawie nawet byłego wicepremiera i ministra oświaty zarazem – Romana Gertycha. Z jego wypowiedzi przebija się informacja, że on dostrzegał problem, podjął stosowne działania, ale nie zdążył zrealizować swego programu. Wielu słuchających mówi natychmiast – i całe szczęście! Inni – zwolennicy zamordyzmu mówią, że szkoda, bo problem rozlewającego się chamstwa niczym rak drąży (zdrową?) tkankę polskiej szkoły i najwyższa pora na chirurgiczne cięcie. Chirurg w takich razach tnie w sposób zdecydowany, bo warunkiem skuteczności tej radykalnej metody leczenia jest usunięcie guza wraz z marginesem zdrowej tkanki. To zresztą nie jest również wystarczające, jeśli zdążyły zrobić się przerzuty i choroba drąży już cały organizm. Akurat wczoraj 7.02 mieliśmy Światowy Dzień Walki z Rakiem i mogliśmy posłuchać, jak uczeni obnażali polską przywarę, która nakazuje w takiej sytuacji przeczekać, może samo przejdzie; może tak było pisane; na coś musimy umrzeć…

   Otóż z rakiem wygrywają ci, którzy wcześnie dostrzegli symptomy i natychmiast poddali się leczeniu. Kto wczoraj słuchał audycji na ten temat  dowiedział się, jaka przepaść dzieli nas pod tym względem od innych nacji. To jest faktycznie przepaść.

   Z objawionym właśnie przypadkiem z polskiej szkoły jest podobnie jak z rakiem. Jesteśmy już w fazie po rozpoznaniu. Już widzimy, co nas czeka za jakiś czas, ale nie idziemy z tym do lekarza. Liczymy na to, że ktoś inny wkroczy i rozwiąże ten węzeł gordyjski, jaki się objawił ostatnio w Rykach.

   KTOŚ powie rodzicom, że źle wychowują, że są zbyt pobłażliwi wobec swoich dzieciaczków, które w szkole zamieniają się w bestie. Jak już KTOŚ im to wygarnie, to i oni wygarną to swoim pociechom i z dnia na dzień wszystko się zmieni. Przyjdą następnego dnia do szkoły grzeczni, pokorni, zasłuchani i wpatrzeni w swego guru – nauczyciela. Będą każdym porem ciała chłonąć to wszystko, co ON do nich mówi. Ten nagle olśniony swoją wielkością, z wyżyn odzyskanego nagle autorytetu przekaże im całą swoją wiedzę i wartości. I nastanie sielanka. Cud i miód. Tylko, że nikt taki się nie pojawia. Próbował R. Gertych. Pozostały po nim kamery we wszystkich szkołach, które niczego nie rozwiązały i mundurki, które już teraz z mocy prawa można wyrzucić przy aplauzie młodzieży. Gdyby wielki (wzrostem) R. Gertych mógł zostać na jeden dzień, takim zbiorowym nauczycielem wszystkich polskich uczniów (bez ochrony przysługującej wicepremierowi, oczywiście) to nie ręczę za to, że uniknąłby losu tego pana w Rykach. Już zewnętrzność pana Romana nie przystaje do zawodu nauczyciela. Ta mina twardziela nie wzbudziłaby zaufania przeciętnego ucznia, a przecież nie da się zbudować relacji uczeń – nauczyciel wyłącznie na strachu. Chyba lepiej, że jego czas minął. Nie tylko dla szkoły zresztą.

   Czy pojawi sie KTOŚ, kto za nas wszystkich to załatwi? Raczej nie!!!

   Nie będzie rewolucji. Wspomnijmy tu doświadczenie Francji w postaci buntów, rozruchów ulicznych z paleniem samochodów włącznie w odpowiedzi na zbyt radykalne posunięcia władz w jednych obszarach z pominięciem innych, ważnych w odczuciu społecznym. Potrzebna jest zatem EWOLUCJA. Zbiorowa mądrość i zbiorowy wysiłek nas wszystkich.

                               

                        LEPSZE JUTRO BYŁO WCZORAJ!

   Trzeba dużo pracy i czasu, aby zmienić obecny stan.

Niech każdy zacznie od siebie, pamiętając znany gest z wyciągniętym palcem wskazującym. Przypomnieć? Proszę bardzo: – Gdy wskazujesz na kogoś palcem to zauważ, że trzy pozostałe wskazują na ciebie!

   Rodzice niech wspomną, co ich podzieliło z ich własnymi dziećmi, biorąc pod uwagę choćby porzekadło użyte w tytule, a także i takie: Uczymy swoje dzieci mówić i chodzić, a potem już tylko siedzieć i milczeć.  Prz
yznajmy się do własnych błędów wychowawczych, a wspominając swoje dzieciństwo i młode lata porównajmy nasze wyczyny z tym, co dzisiaj zarzucamy swoim dzieciom. Nie zawsze one przebiją nas mimo, że teraz inne czasy i mnóstwo nieznanych nam wcześniej pokus na nie czyha na każdym kroku.

   Nauczyciele powinni przemyśleć różnice pomiędzy pojęciem autorytet formalny i rzeczywisty, i opowiedzieć się za tym drugim. Łatwo go zdobyć, jeśli tylko zmienimy akcenty z kształcenia na wychowanie, z podawaniem w sposób przystępny wiedzy. Jeśli odejdziemy troszkę od ogłupiającego czasem rygoryzmu współczesnej metodologii, której nie da się zastosować nawet do nauczania nauczycieli na różnych kursach, czy studiach podyplomowych, na rzecz akceptowanych przez młodzież form przekazu, to zyskamy bardzo wiele. Jeśli przy tym uda nam się zaciekawić ich tematem, to już na pewno będzie lepiej. Pamiętajmy przy tym, że czasem wystarczy poziom: wiedzieć, że… niż wiedzieć, jak, bo na to przyjdzie czas, choćby w formie samokształcenia pod wpływem rozbudzonego zainteresowania.

   Uczniowie chcą słuchać tego, co ich w naszym przekazie zainteresuje. Pozostaje więc UCIECZKA DO PRZODU – czyli wprowadzenie takich kierunków nauczania, i takich form przekazu, jakie spełniają ten warunek najpełniej. Na nic krzyki i zaklęcia.

   Mówca musi pamiętać, że powinien wyczerpać temat nie wyczerpując słuchaczy (W. Churchill). Nauczać trzeba tak, jakbyś nie nauczał, a jedynie przypominał rzeczy zapomniane. Każdy z nas, nauczycieli zna wiele takich aforyzmów i złotych myśli. Pora je stosować.

   No i jeszcze tzw. otoczenie szkoły.

   Szanowni (nie zawsze szanowani) politycy! Zróbcie coś, aby o starcie zawodowym, przebiegu kariery, awansach decydowały kwalifikacje moralne i zawodowe, a nie nepotyzm, kumoterstwo i kolesiostwo. Pokażcie na własnym przykładzie, że warto być porządnym człowiekiem, że warto się uczyć i doskonalić swoje umiejętności, a nie warto być bezczelnym, krzykliwym i zakłamanym politykiem twierdzącym, że: tylko krowa nie zmienia swoich poglądów. Tego oczekują od was wszyscy.

                           

                          Czy założenie maski zmienia cokolwiek?

   Pamiętajcie, że słowa uczą, a przykłady pociągają!!!

W Rykach sponiewierano nauczyciela

   Wczoraj, nasza sympatyczna „Brzoza” w komentarzu do posta Młodzież się bawi , wspomniała o nowym przypadku sponiewierania nauczyciela – mojego rówieśnika – przez młodych, niewyżytych byczków – tam zwanych jeszcze uczniami. Informację o tym chamstwie opatrzyła komentarzem: Nie mam słów. Milczę… Czytaj dalej

Młodzież się bawi…

Wczoraj miałem okazję połączenia w jedną całość dwóch poruszanych ostatnio tematów. Tych z posta Gdyby piosenek słuchał świat oraz z ostatniego Nauczyciel się uczy. Byłem – z obowiązku – na choince szkolnej. Choinka to dość umowne pojęcie, gdyż żadnej choinki nie można było nigdzie wypatrzyć. Ot, zwyczajna zabawa dyskotekowa, której nie przerywano nawet, gdy młodzież partiami zapraszana była na posiłek złożony z kanapek i owoców cytrusowych. Słowo zabawa to też pojęcie umowne, gdyż organizatorzy zapewnili jedynie sprzęt odtwarzający i nagłaśniający zdolny serwować muzykę techno, gdzieś tak na oko, na poziomie ponad 100 decybeli. Działał również zestaw świateł dyskotekowych jako jedyne oświetlenie dużej hali sportowej, gdzie tańczono. Didżeje z rzadka przekazywali życzenia dla Kasi od Jarka z II d lub pytali – jak się bawimy? – na co sala odpowiadała piskami i okrzykami. Znaczy się fajnie. Uczestnicy imprezy to młodzież z miejscowego gimnazjum i liceum dowieziona gimbusami – tak, jak codziennie dowożona jest do szkoły. Frekwencja słaba, gdyż w zabawie uczestniczyła może 1/3 uczniów tych szkół. Przewaga dziewcząt, które ubrane wg. zasad uniformizacji szkolnej czyli dżinsy i T-shirt, tańczą często same ze sobą, gdyż chłopcy na ogół łażą grupkami po sali lub przesiadują w różnych miejscach. Mają zapewne coś ważniejszego na względzie niż jakieś głupie podrygiwanie na parkiecie. Jest prawie ciemno. Migające kolorowe światła nie pozwalają widzieć wszystkiego. Łatwo więc w grupie tańczących ukryć się tym, którzy użyli poprawiacza nastroju już w trakcie zabawy. Ci, którzy przedobrzyli w konsumpcji alkoholu zdradzili się sami, jako że wymiotującemu trudno ukryć się w tłumie. To kilka jedynie przypadków spośród gimnazjalistów, chłopców z I i II klasy. Potwierdzili tym samym fakt, że młodzież sięga po alkohol w coraz młodszym wieku i to niezależnie czy to jest miasto, czy wieś. Wezwani telefonicznie rodzice przyjeżdżają i zabierają swoje pociechy. Po jednego z takich przyjeżdżają dwie starsze siostry z własnym alkomatem. Używają go, aby pokazać, że to nie alkohol był przyczyną problemów, a może niedyspozycja żołądkowa? Dziwne, że po sprawdzeniu brata oświadczyły, że wynik badania to zero alkoholu, ale nie pokazują nikomu tego wyniku. Zabawa trwa dalej. Nauczyciele z obydwu szkół, niemal w kompletach przebywają na sali lub w pokojach swoich szkół, przylegających do wspólnej hali sportowej. Na sali, mimo szczerej chęci, trudno mi wytrzymać jednorazowo godzinę. Ten hałas jest ogłupiający. Chcąc porozmawiać z uczniami lub kolegą po fachu trzeba krzyczeć mu do ucha, więc lepiej milczeć i obserwować zabawę. Tańczący zachowują się tak samo. Chyba, że jest to tzw. para. Ci obejmując się bezceremonialnie mogą się lepiej słyszeć, ale chyba nie o to im chodzi. Dyżurujący nauczyciele wymieniają się co jakiś czas, aby odpocząć w zwyczajnym gwarze pokoju nauczycielskiego. Te rozmowy, to wartość sama w sobie. W ciągu tygodnia normalnej pracy nie ma okazji, aby zwyczajnie ze sobą porozmawiać, lub choćby pobyć w swoim towarzystwie. Jestem sam pomiędzy niewiastami. One, piękne – szczególnie dzisiaj – dziewczyny, w większości w wieku moich córek, prowadzą zwyczajne babskie rozmowy. Dowiaduję się więc przy okazji jak zrobić sałatkę z brokułów, lub taką, na szybko ciapu – ciapu, z tego co pod ręką. Tematyka szkolna również jest obecna – wiadomo, jesteśmy przecież w szkole. Ponowne wyjście do hali i w ciemność. Tu nic się nie zmienia. Króluje techno. Przez cały wieczór może jedna piosenka z tekstem i kilka w nieco wolniejszym rytmie. Taniec uproszczony do granic. Nie ma kroczków, figur. Nie ma potrzeby pokazania umiejętności prowadzenia w tańcu partnerki. Ba, nawet nie jest konieczna partnerka. Można samemu wejść w tłum i … przeżywać SAMOTNOŚĆ W TAŃCU. Zabawa trwa.

   To, że jest ciemno w sali to okazja zaobserwowania skali wykorzystywania telefonów komórkowych. Ciekawe jakie filmiki sobie pokazują w takich razach? Teraz jeszcze jedna funkcja jest w masowym użyciu. To wykonywanie zdjęć komuś, sobie – takich bez zamiaru uwiecznienia czegoś, utrwalenia jakiegoś przeżycia. Pstryk i już oglądamy, w zbliżeniu przeważnie, bo wtedy lepiej widać twarze. Telefony służą i do komunikowania się pomiędzy sobą tu na sali oraz z kolegami, którzy pozostali w domu, ale jeśli byłoby fajnie tutaj, to za chwilę dojadą. Z samochodami nie ma wszak problemów.

   Zgodnie z zasadą głoszącą, że: z balu trzeba wyjść, kiedy jest najpiękniej, opuściłem zabawę na jakieś pół godziny przed wyznaczonym zakończeniem. Wracając do pokoju, gdzie pozostawiłem kurtkę mijałem gablotę, w której już dawno wywiesiłem materiały informacyjne dotyczące różnych aspektów bezpieczeństwa młodzieży szkolnej. Wielokrotnie mijając to miejsce planowałem zmienić ekspozycję. Zdjąłem niemal wszystko, co tam było zawieszone. W domu przejrzałem te materiały i zadumałem się. Oto, co było tam wyeksponowane:

– Artykuł Gimnazjum picia z marcowej 2008 Polityki, z którego wynika, że: Gimnazjalne uchlanie się – mówiąc bez ogródek, zaczyna być znakiem wejścia w dorosłość. Z badań przeprowadzonych w 2007 wynikało, że alkohol piło 63 proc. uczniów klas I i  87 proc. z klas III. Prawie co czwarty pierwszak i co drugi trzecioklasista pił w ciągu 30 dni poprzedzających badanie. Stan upicia miało za sobą 20 proc pierwszaków i co drugi uczeń klas III. Dla narkotyków te wskaźniki wynosiły 11 proc. w klasie I i 26 proc. w klasie III. Młodzież uważa, ze pozytywy tego zjawiska przeważają nad negatywami, bo – po wypiciu człowiek jest wyluzowany, łatwiej nawiązuje kontakty… Co czwarty trzecioklasista twierdzi, że rodzice godzą się na wypicie przez nich piwa czy wina… Rodzice mają dość luźny kontakt z młodzieżą i chętnie zrzuciliby ten kłopot wychowawczy na szkołę czy terapeutów.

OSIEMNASTKOWE SZALEŃSTWO – To artykuł zawierający anonimowo zebrane opowiadania jubilatów o tym, jak oni świętowali dorosłość. Różne scenariusze imprez, ale to, co wspólne zawiera się w cytacie; – Najpierw oficjalne przyjęcie dla rodziny, potem – zabawa dla znajomych –  ta nie obejdzie się bez trawki, alkoholu i seksu.

PLAKAT AKCJA BRAVO NARKOTYKI NIE BIORĘ

PLAKAT Krajowego Biura do Spraw Przeciwdziałania Narkomanii – PILNUJ DRINKA poruszający problem tabletki gwałtu

– Reportaż z BRAVO GIRL: Zgwałcił mnie kolega, opisujący przebieg imprezy na której dziewczyna potraktowana środkiem oszałamiającym została zgwałcona przez miłego kolegę. Jej krzyków nikt nie słyszał przy ogłuszającej muzyce.

– Pedofilia w Internecie – materiał z tygodnika Wprost pokazujący skalę problemu oraz sprawców pedofilii. Szokujące jest to, że tylko 28 proc. sprawców to osoby obce, a 23 proc. to krewni, 15 proc. brat, a również ojciec, ojczym, ksiądz, nauczyciel (udział od 1,8 do 2,8 proc.)

   Czy słusznie zrobiłem zdejmując te materiały? Wiem, że są to nadal bardzo aktualne problemy wychowawcze i społeczne. Wiem też, że natura ucznia sprawia, że nie szuka on takiej wiedzy w szkole. Moje doświadczenie – wieloletnie już – wskazuje na to, że materiały w gazetkach mogą sobie wisieć. Nikomu nie szkodzą. Nikomu, lub prawie nikomu nie przyjdzie do głowy aby ich czytać. Cóż zrobić. Takie czasy!

   Ktoś powiedział, że: – człowiek uczy się całe życie, z wyjątkiem lat szkolnych.

Może trzeba i w tych tematach przyjąć NAUKĘ, a może NAUCZKĘ od życia???