Mój Sylwester 2008

Kotka po operacji

Posłużę się fragmentami wiersza J. Tuwima Bal w Operze, aby nawiązać do atmosfery dzisiejszego dnia:

Dzisiaj wielki bal w Operze.(…)
Wszelka dama majtki pierze.
I na kredyt kiecki bierze.

SYLWESTER. Dzień obrachunków z minionym, i noc nadziei na przyszłe życie. Oby lepsze. Pożegnanie i powitanie zarazem najlepiej wychodzi nam, gdy czynimy to na balu, albo chociażby na jakiejś prywatce. Na szampańskiej zabawie, w szampańskim nastroju z kielichami szampana w dłoniach. Ludzie całego świata tak postępują. A ja???
    Święta minęły tak, jak chcieliśmy, rodzinnie i ciepło. Odwiedzili nas jak co roku Ania z Piotrkiem i z cudnym dorobkiem minionego roku – roześmianą na okrągło Marysią, która dzisiaj kończy właśnie 4 miesiące życia. To jej usposobienie sprawiło, że poczuliśmy się wyjątkowo potraktowani przez los. Była gwiazdą każdego spotkania rodzinnego. Stąd wziął się pomysł zdjęcia, jakie zamieściłem w poprzednim opowiadanku. Mieliśmy najmilszego Mikołaja odkąd pamięć sięga. W czasie kolacji wigilijnej była również w łączności z nami druga córka Małgosia, krzątająca się przedświątecznie w swoim domku, na przedmieściach Chicago. (Różnica czasu wynosi 7 godzin). Stało się to możliwe dzięki kamerce i łączności poprzez Skype. Cud techniki na usługach naszej rodziny to też novum w naszych kontaktach. Po świętach nasi goście odjechali do Krakowa i dalej (wiadomo Sylwester), my z żoną pozostaliśmy sami w domu i już tęsknimy za gwarem i gaworzeniem małej Marysi.
   No, nie zupełnie sami. Mamy 10-letnią kotkę, która uwzględniając przelicznik 1:7 jest prawie naszą rówieśnicą. To zwierzątko z gatunku wielogatunkowych fachowców, ale nie jest zwykłą kocicą. Towarzyszy nam od kocięcia i wydała na świat już zastępy kotów, zawsze bardzo troskliwie się nimi opiekując. Bardzo przywiązana do domu i… do mnie. Zawsze towarzyszyła mi w pracach wokół domu cierpliwie czekając, aż skończę i prowadziła mnie wtedy do mieszkania idąc przodem z wertykalnie podniesionym ogonem, którego koniuszek zaginał się w swojej końcówce. W domu układała się w pobliżu lub wprost na mnie. Na kolanach, gdy siedziałem; lub na piersiach, gdy leżałem. Masowała mnie wtedy łapkami mrucząc przy tym zawzięcie. Lubiła też miziać się ocierając o moją brodę, jakby szczotkując sierść na swojej główce. Te zachowania znają wszyscy, którzy przez te 10 lat bywali w naszym domu. Moja żona bywała niekiedy nawet zazdrosna o te przejawy naszych kontaktów z kotką. Otóż ta ulubienica zachorowała, tak jak to się zdarza ludziom, na nowotwór. Lekarz zawyrokował potrzebę wykonania mastektomii całego lewego pasa sutków. Termin operacji – dzisiaj tj. 31.12. w Sylwestra właśnie. Przeżywaliśmy z żoną tę nowinę odnosząc skojarzenia do mojej, lipcowej operacji onkologicznej. Zwierzątko też jakby przeżywało coś, co wisiało nad nią w powietrzu. Budziła mnie wielokrotnie w nocy domagając się jedzenia, którego nie mogłem jej podać, aby była przygotowana do operacji. Samo budzenie to też osobliwość, bowiem w tym celu wykonuje każdorazowo coś jakby ostrzenie pazurków o dywan i czeka aż wstanę. Gdy się podnoszę, ona zmierza przodem do kuchni, gdzie rozstrzyga się przyczyna budzenia. Staje przy drzwiach, gdy chce wyjść na zewnątrz lub siada przed swoimi miseczkami, gdy chce papu. To taka forma komunikacji niewerbalnej, która działa doskonale.
    Dzisiaj w porze wyjazdu do lekarza, kocica jakby przeczuwając, schroniła się na swoje ulubione miejsce na ciepłym piecu kaflowym. Zabrałem ją stamtąd zdecydowanym ruchem i włożyłem do przenośnego kojca. Nie protestowała. Podobnie było u lekarza. Gładziłem ją czekając, aż zacznie działać środek znieczulający. Po 10 minutach już spała. Lekarz wprowadził wenflon do przedniej łapki, wykonał prześwietlenie i kazał przyjechać po jej odbiór po pięciu godzinach. Gdy nadszedł czas, pojechałem. Wybudzona, w stosownym opatrunku – wdzianku chodzi teraz po mieszkaniu zataczając się od podanych leków znieczulających i czegoś tam jeszcze. Chodzimy za nią rozumiejąc w jakim jest stanie.
Na zaplanowane wyjście do kościoła na Mszę św. dziękczynno-błagalną w intencjach starego i nowego roku wybierzemy się oddzielnie. Trudno. Witanie Nowego Roku też chyba odbędzie się w domu. Zaśpiewamy sobie z realizmem w głosach:

Żyli sobie dziad i baba, bardzo starzy oboje,
ona jęcząca, blada, on skulony we dwoje.

Mieli chatkę maleńką…
A w tej chatce same dziwy
cyt, iskierka zgasła.

To są moje piereboje. Sprawdzę przy okazji, czy o północy przemawiają zwierzęta ludzkim głosem, tak jak podobno czynią to w Wigilię. Co mi powie moja przyjaciółka Kocica?

 

 

Czas obrachunków i podsumowań

   Wiem z doświadczenia, że pora świąt – pora życzeń świątecznych – jak to ujmie poeta, to jednocześnie obrachunek okresu kończącego się właśnie 2008 roku. Sam życzyłem wielokrotnie swoim znajomym w tym roku: – aby chociaż część życzeń, jakie otrzymujemy mogła się spełnić. W jednej z audycji nadawanych w programie I PR w czasie świąt usłyszałem radę, aby zapamiętać życzenia, jakie składają nam bliżsi i dalsi znajomi. Próbowałem na świeżo uporać się z tym tematem, a po głębokim zastanowieniu przyznałbym słuszność temu postulatowi. Tym razem otrzymywałem dość dużo banalnie brzmiących życzeń typu: – zdrowia, zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia albo: – pociechy z dzieci i wnuków. Były też i inne, bardziej osobiste i zindywidualizowane życzenia, a poprzez to warte odnotowania. Otrzymałem również kilkadziesiąt kartek świątecznych, takich elektronicznych nadanych poprzez Naszą-klasę. Były w nich różnej wartości wierszowane życzenia pozyskiwane na zasadzie kopiuj-wklej, w których trudno było znaleźć coś osobistego. Sam gest składania życzeń jest jednak sympatyczny i godny wdzięcznego odnotowania.Wszystkie życzenia przyjąłem jako wyraz szczerej życzliwości i pewnie będę robił wiele, aby stworzyć warunki sprzyjające ich spełnieniu.

   A jak wygląda bilans roku minionego? Czy zeszłoroczne życzenia świąteczne i noworoczne padły na podatny grunt, aby mogły się spełnić?

   Ano właśnie. Czy sama wola wystarczy, aby wszystko ułożyło się podług naszych marzeń, nadziei i oczekiwań?

   Przemiła dla mnie, w swoich blogowych komentarzach Brzoza, pisze: – święta były miłe mimo, że mój syn się rozchorował. Na forum jednej z klas mojej szkoły, absolwenci rocznika 1996-2000 informują się o tym, że w Wigilię zginęła w wypadku ich koleżanka wraz z mężem i córeczką. Osierocili synka, który pozostał w tragicznym czasie w domu. Proszą o modlitwę i ewentualne wsparcie dla sieroty. Nasz listonosz, który przyniósł nam w wigilię przesyłkę świąteczną od Małgosi poinformował nas, że w przeddzień stał się szczęśliwym ojcem. Mój Tato urodził się w Wigilię 1906 roku. Wczoraj byłem na pogrzebie Jego młodszej o 3 miesiące  koleżanki, która przeżyła go o 8 lat. Pogrzeb uświetnił pięknym śpiewem staszowski Chór Nauczycielski. Jeden z chórzystów, miejscowy poeta, wygłosił nad trumną piękny wiersz napisany na tę okazję. Ksiądz mówiący o życiu zmarłej przypomniał przeżyte przez nią dwie wojny i czas PRL-u ożywiając w mojej pamięci to wszystko, co było związane i z moim Ojcem i Jego historią życia.W dniu 30 grudnia 1989 r nagle zmarł mój brat Jerzy. Żył ledwie 45 lat i chora na nowotwór moja Mama musiała przeżyć tę bezzsensowną śmierć i sama będąc śmiertelnie chora odprowadzać na cmentarz swoje kolejne dziecko. W ostatnich dniach zaczadziało dwoje dzieci z trojaczków, dwóch braci zginęło pod lodem. W wypadkach drogowych zginęło w czasie świąt 37 osób, a 13 padło ofiarą pożarów.

   Można ciągnąć tę listę tragicznych zdarzeń i długo zastanawiać się dlaczego tak się dzieje. Jak wobec tego wygląda nasz osobisty bilans życia w mijającym roku?

   Mój bilans jest pozytywny. Moja rodzina szczęśliwie przeżyła ten rok pomimo różnych zagrożeń, jakie występują w życiu każdego człowieka. Małgosia z Mariuszem poradzili sobie z zapewnieniem opieki dla swoich dwóch maluchów, dzięki czemu moja żona mogła pozostać przy mnie, aby mnie wspierać w czasie nagle ujawnionej choroby i koniecznej operacji. Mogła też doglądać i wspierać Anię w trudnym czasie ciąży, porodu i połogu. Pan Bóg pobłogosławił szczęśliwe małżeństwo Piotra i Ani zsyłając im piękną, zdrową i pogodną Marysię. Świętując z nami była naszym Mikołajem A.D. 2008 i gwiazdą wszystkich rodzinnych przyjęć świątecznych.

  

Nasz Św. Mikołaj A.D. 2008

    Ja nadal pracuję i pomimo rożnych dolegliwości zachowuję sprawność fizyczną i niezbędną w pracy nauczyciela pogodę ducha. Czy to jest jednocześnie szczyt moich marzeń? Oczywiście, że: nigdy nie jest tak dobrze, aby nie mogło być lepiej, ani tak źle, aby nie mogło być gorzej. Dla mnie wystarczy tego dobra, jakie osiągnąłem za sprawą własnych starań i dzięki Opatrzności Bożej!

   Mam też i taką własną małą satysfakcję, o której piszę na końcu tego obrachunku. Jest nią ten blog, podarowany mi na dzień lipcowych urodzin przez Małgosię. Prowadzę go od 3 lipca i cieszę się, że zdołałem zainteresować Tatulowymi opowieściami sporą liczbę czytelników. Był w tym czasie już trzykrotnie polecany przez Onet.blog w dziale Męski punkt widzenia. Pomimo tego, że w rankingu popularności w tym dziale moje Tatulowe opowieści plasują się zaledwie na 30-60 miejscu to postanowiłem zgłosić bloga w konkursie Blog roku 2008 w dziale Ja i życie moje. Nie liczę na wysoką lokatę, ale na to, że dzięki konkursowi moje opowieści przeczyta jeszcze więcej osób.

   Liczę też na życzliwość moich czytelników w głosowaniu, które odbędzie się już w połowie stycznia.

Czy moglibyśmy żyć bez świąt?

Przeszukałem moje zasoby aforyzmów na każdą okazję w poszukiwaniu czegoś, co dotyczyłoby świąt. Znalazłem tylko jeden. Bardzo stary i bardzo dobry. Autorstwo tej złotej myśli przypisywane jest Demokrytowi z Abdery – filozofowi greckiemu, żyjącemu w V wieku przed naszą erą.
Życie bez świąt jest jak długa droga bez zajazdów, w których podróżny mógłby się pokrzepić i wypocząć.
Zupełnie inne okazje i zapewne zupełnie inaczej wtedy świętowano, ale sens tego zdania pozostał nadal aktualny. Wiele spraw takie świętowanie załatwia. Dom – Rodzina, będące najwyższą wartością człowieka, wiele zyskuje na samych okazjach do świętowania. Ileż troski i pracy wkładają ludzie w przygotowanie domu na święta. Od trzepania dywanów, oblekania pościeli, zmiany firanek po przygotowanie najlepszego jadła na jakie kogo stać – wiadomo święta!!! Druga strona medalu, to świąteczne spotkania członków rodziny, gotowych przyjeżdżać na to spotkanie z najdalszych zakątków Polski, czy świata. Ileż radości i wzruszeń niosą takie spotkania to wie każdy, kto bywał w takich sytuacjach.

Ludzie dzielą się na tych, którzy goszczą i tych, którzy są goszczeni. Różne są ich odczucia i doświadczenia zdobywane w czasie wspólnego przeżywania świąt. Zwykle ci, którzy pozostali na ojcowiźnie próbują podtrzymać wieloletnią zazwyczaj tradycję świętowania w gronie rodzeństwa, czyli tak samo jak to bywało za życia Tatusia i Mamusi. Ich duchy często przywoływane wspomnieniami są nadal obecne przy stole – i co tu dużo mówić – zespalają rodzinę. To jest model wzorcowy. Trudny do osiągnięcia, ale dzięki wpojonym zasadom i wytworzonym jeszcze w dzieciństwie więzom pomiędzy rodzeństwem funkcjonujący nie najgorzej w większości rodzin.

Bywa jednak, że sielankę zakłócają spory o schedę po rodzicach. Żale i pretensje psują atmosferę takich wyjątkowych spotkań. Co mają zatem robić skłóceni? Przemóc się, ustąpić ze swoich roszczeń, wyjaśnić wszystkie niedomówienia i żale prosząc o zgodę?
Fredrowskie zdanie: Zgoda, zgoda, a Bóg wtedy rękę poda, jest argumentem wartym poważnego potraktowania. Nie jest to łatwe – zgoda, ale może warto pomyśleć o tym zanim problem narósł do rozmiarów trudnych do przezwyciężenia? To chyba najczęstszy powód rozdźwięków w rodzinach. Wydaje się, że sami rodzice odpowiednio wcześniej rozdysponowując swój majątek mogliby sporo z przyczyn tych rodzinnych waśni wyeliminować.
Zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Wszyscy to wiemy. Wiemy też, że sporo możemy zrobić, aby tej zgody nie narażać na ryzyko. Rozbicie rodziny i zerwanie więzów ją łączących to wielka strata. To eliminowanie przyjaźni i wsparcia tak potrzebnego każdemu. Wiemy, że w życiu nie ma nic za darmo. Na przyjaźń trzeba sobie zasłużyć i potwierdzać swoje przywiązanie do rodziny każdego dnia. Tu sprawdza się powiedzenie:
W nieszczęściu naszym poznajemy przyjaciół. W nieszczęściu przyjaciół poznajemy siebie.

   Każdy z nas mógłby godzinami opowiadać o swoich relacjach rodzinnych i zagrożeniach, jakie udało się przezwyciężyć dzięki… miłości właśnie! Toż to są więzy krwi. Przyjaciela można zmienić, ale brata czy siostrę trzeba kochać takim, jakim jest. Ustępować, wybaczać, tolerować na zasadzie wzajemności. Pomagać sobie wzajemnie w dobrych i złych okresach życia. W przygotowaniu i w przeżywaniu świąt również. Wtedy święta będą pieczętować to, co najcenniejsze. Wtedy z radością będziemy oczekiwać następnego spotkania, które naładuje nasze akumulatory w energię pozwalającą lepiej sobie radzić z trudnościami, jakie niesie życie.
Mistrz słowa wiązanego, ksiądz Jan Twardowski tak ujmuje temat:
Dlaczego jest święto Bożego Narodzenia? (…)
Dlatego, żeby podawać sobie ręce.

Dlatego, żeby się uśmiechać do siebie.
Dlatego, żeby sobie przebaczać.

Wszystkim, którzy tu zaglądają składam na ten szczególny czas Świąt Bożego Narodzenia życzenia miłej, prawdziwie domowej atmosfery, mokrych policzków podczas składania życzeń i dzielenia się opłatkiem, pięknego brzmienia wspólnie śpiewanych kolęd oraz wszelkich łask płynących od Nowonarodzonego Jezuska. Tatul

Idą święta…

   Kto jest w szkole – ten wie, a kto był (wszyscy byliśmy kiedyś uczniami), ten wspomni swoje przeżycia z okresu tzw. wigilii klasowych. Nauki praktycznie już nie ma bo: Już od Księcia Ziemowita, przed świętami nikt nie pyta. Dekoracja sal, wykonywanie gazetek o tematyce świątecznej, uzgadnianie co, kto przyniesie z domu, aby urządzić klasową wigilię. Moja klasa II A LO zrobiła to tak:

                

   Gazetka, obok życzeń i wątków historycznych mówiących o korzeniach tradycji świątecznej, zawiera również dwa piękne wiersze jednej z byłych uczennic naszej szkoły, napisany specjalnie na taką okazję.

   Uczniowie podjęli trud organizacji przyjęcia klasowego, które odbędzie się jutro, w ostatnim dniu nauki przed przerwą świąteczną. Rozpisane zostały zadania i role. Czekamy na jutrzejsze uroczystości.

             

 

   Bardzo jestem ciekawy efektów mamino-uczniowskich zabiegów o stronę kulinarną, a jeszcze bardziej o stronę duchową. Pewnie przyniosą opłatek, ułożą na sianku i…

   Zaproszono dzisiaj, za pomocą specjalnie przygotowanych zaproszeń o kształcie czerwonych bombek, wszystkich nauczycieli. Wszyscy na pewno przyjdą. Będą, jak sądzę, uroczyście wyglądać w światecznych ubraniach. Będą się do siebie uśmiechać życząc sobie tego wszystkiego, co najważniejsze dla nastolatków. Czy uda się jednak stworzyć atmosferę świątecznego spotkania na obcym gruncie? Czy są na tyle zintegrowanym zespołem, aby podjąć się i zrealizować trudną przecież funkcję gospodarza przyjęcia? Czy uda się zaśpiewać wspólnie jakąś kolędę? Porozmawiać po duszam – jak to mówią Rosjanie? Mało ich znam, gdyż dopiero w tym roku uczyniono mnie ich wychowawcą. Do tego – jak to bywa w najlepszej rodzinie – Tatul może zbyt dużo wymaga?

   Różnie bywa z tymi uroczystościami. Każdy nauczyciel wspomni przeróżne fakty związane z takim klasowym świętem. Ja, przed wielu laty jako wychowawca męskiej klasy zawodówki przeżyłem taką oto przygodę. Studiowałem wtedy na studiach podyplomowych w Krakowie. Dojeżdżałem tam na weekendy autobusem, a po mieście poruszałem się komunikacją miejską. Przyglądałem się kiedyś, jadąc tramwajem, staruszce z pieskiem wielorasowym. Wsiedli, oboje mocno zmoknięci do dość pustego tramwaju. Piesek usiadł na foteliku przy oknie, a jego pani na siedzeniu obok. Piesek patrzył przez okno na światła miasta, a jego pani próbowała go głaskać, porządkując przy okazji jego zmokniętą mocno sierść. Piesek nawet na nią nie spojrzał. Ja wysiadłem wcześniej, a oni pojechali dalej. Utkwiła mi ta scenka w pamięci, bo tłumaczyłem sobie, że ona pewnie samotna, a pies jest być może jedyną bliską jej istotą.

   Wiedziałem, że chłopaki niczego sami nie przygotują, a względy prestiżowe w tym wieku nakazują być nade wszystko – twardzielem. Na ostatniej lekcji wychowawczej postawiłem na biurku stroik świateczny, zapaliłem świeczkę i biorąc w rękę przyniesiony opłatek – wygłosiłem nawiązanie do tego, co miało za chwilę nastąpić: – Wiecie, że Święta Bożego Narodzenia nazywane są najbardziej rodzinnymi ze wszystkich świąt. Wszyscy spieszą z daleka, aby w ten jedyny wieczór być z bliskimi, połamać się opłatkiem, popłakać się przy tym i poczuć, przy całowaniu z dubeltówki, jakie dziwnie mokre są również policzki tych, którym my właśnie składamy życzenia. Kto przeżył chociaż jedne święta z dala od bliskich, ten wie o czym mówię. Są jednak samotni, którzy tę samotność odczuwają szczególnie dotkliwie w ten właśnie wieczór. Przygotowujemy puste nakrycie dla przygodnego gościa, a tak naprawdę mało kto dba o to, aby to puste nakrycie miało swego użytkownika. Rozejrzyjmy się wokół, czy nie mamy kuzynki, sąsiadki czy innej samotnej osoby, która mogłaby w ten wieczór przy takim nakryciu z nami usiąść. Tu opowiedziałem im scenkę zaoberwowaną w tramwaju. W klasie panowała cisza. Pomyślałem sobie, że najwyższy czas sięgnąć do opłatka i… jeden z uczniów zapytał głośno: – A skąd pan takie kawałki wymyśla? Czar prysnął, jak się to mówi. Okazało się ponadto, że prawie nikt nie przyniósł swojego opłatka i mój musiał wystarczyć. Przynajmniej dla mnie. Oni między sobą podawali sobie grabę.

   Innym razem wśród abiturientów, jeszcze 5-letniego technikum, przy poprawnie zastawionym stole zostałem poczęstowany i bawiony rozmową stosowną do okazji. Puszczano kolędy z płyt. Było dostojnie i elegancko. Po kwadransie ktoś z uczniów zapytał odpowiedzialnego za oprawę muzyczną: – Czy nie masz czegoś na swojską nutę? Okazało się, że miał. Były to nagrania hip-hop. Zapytali grzecznie: – Czy mogą zmienić rytm? – Jasne, odpowiedziałem. To jest Wasze święto klasowe.

   Dzisiaj też miałem lekcję w klasie przygotowującej klasową wigilię. Trafiłem do nich, gdy ledwie zdążyli zsunąć stoły. Przyniesione z własnych domów wilktuały były raczej świąteczne niż wigilijne. Stół nakrywały niektóre tylko dziewczyny. Reszta siedziała czekając, aż nakrywanie zostanie zakończone. Zaproponowali mi herbatkę. Położyli plastikowe sztućce i porcję ciasta na talerzyku. Nikt nie poczuwał się do roli gospodarza. Opłatki leżały na środku stołu i czekały… na co? Ich wychowawczyni jest na zwolnieniu lekarskim. Patrzyłem na 18-latków, którzy zorganizowali się jakoś. Zainwestowali własne pieniądze i pracę w sałatki czy ciasta. Przynieśli to często z daleka do szkoły. Nakryli i już. Tak, jakby w tym wszystkim wyłącznie o jedzenie chodziło. Ciekawe, czy znają piosenkę śpiewaną przez Alicję Majewską:

                          Zaproście mnie do stołu,

                          zróbcie mi miejsce, między wami…

Albo tę Andrzeja Sikorowskiego z zespołu Pod Budą:

                          Pogawędzimy sobie nieco,

                          gwiazd zapytamy co nas czeka.

                          Starzy znajomi skąś przylecą,

                          może się uda nie narzekać?

   A więc jutro sprawdzian moich gospodarzy klasowego przyjęcia wigilijnego.Trzymam kciuki za to, aby wszystko się udało.

                           

Święta, święta, radości tyle w nas,

święta,świeta, chionkę ubrać czas.

Święta, święta miłości bije dzwon,

święta, święta podajmy sobie dłoń.

Jak żyć?

Żyć - Wincenty Pol -

W kilku ostatnich opowiadaniach tytułowe pytanie przewijało się gdzieś między wierszami, jak nękająca mnie czasami melodia, którą zwykłem nazywać powracającą melodyjką. Jak się taka zaplącze – to trudno ją odgonić. Czytaj dalej

Pomocnicy Świętego Mikołaja

Spójrzcie Państwo w kalendarz. Dzisiaj mamy 5 grudnia Międzynarodowy Dzień Wolontariusza. Kartka z mojego zdzieranego kalendarza informuje nas o tym, że w Polsce działa około 7 mln wolontariuszy zwanych przez naszego JP II Promieniami nadziei. Grupa tych promyków powiększa się z roku na rok, jednak jak wyczytałem w prasie, nadal zajmujemy pod tym względem jedno z ostatnich miejsc w Europie. Są kraje, gdzie odsetek ludzi angażujących się w ten ruch przekracza nasze wskaźniki ponad dwukrotnie. Specjaliści głowią się nad tym problemem i wskazują na różne przyczyny tego stanu. Coś pewnie wymyślą.

Dla mnie działalność w wolontariacie to przejaw humanitaryzmu najwyższych lotów. Zawsze wspierałem ten ruch np. poprzez udział w propagowaniu idei wolontariatu. Zamieszczałem w gazetkach szkolnych materiały propagandowe, jak również zachęcałem uczniów do zaangażowania się  w taką działalność dla świadomego przygotowania się do samodzielnego, dorosłego życia, do jakiegoś konkretnego zawodu czy wreszcie do poznania samego siebie.O ile łatwiej byłoby startować absolwentowi szkoły zawodowej czy studiów na trudnym przecież rynku pracy, gdyby skorzystał z tych porad? O ile mniej byłoby rozczarowań wśród ludzi, którym jedynie wydawało się, że są stworzeni do zawodu nauczyciela, przedszkolanki, lekarza, pielęgniarki, czy pracownika opieki socjalnej? A bycie dobrym człowiekiem to jest jakaś wartość? Gdzie się możemy przekonać o tym bardziej, niż w wolontariacie? Tu motywacją nie jest kasa. Tu nikt nie zarzuci nam interesowności.Oto parę haseł, czy tzw. złotych myśli nasuwających się przy drążeniu tego tematu:

– Człowiek jest tyle wart, ile może pomóc drugiemu człowiekowi.
– Dzielić się radością to dwa razy tyle radości. Dzielić się smutkiem, to połowa smutku.
– Dobroć jest wtedy, gdy się cicho robi to, o czym inni głośno mówią.
– Wielu małych ludzi w małych miejscowościach, którzy czynią wiele małych rzeczy, mogą przemienić oblicze świata.
– Dobroczynność nie polega na dawaniu kości psu. Dobroczynność to kość dzielona z psem wówczas, gdy jesteś równie głodny jak on.

No właśnie. Co motywuje do działania znanych nam wolontariuszy?
Gdy dzisiaj, po odbyciu 6 godzin lekcyjnych w dwóch szkołach, już troszkę zmęczony wchodziłem z żoną do sklepu Biedronka, przywitała nas na schodach grupka uśmiechniętych wolontariuszek z mojej i innych szkół. Wręczali z nieśmiałym uśmiechem wchodzącym do sklepu ludziom ulotki Banku Żywności informujące o Świątecznej Zbiórce Żywności z prośbą o datki.

One też odbyły już swoje zajęcia w szkole, a teraz stoją na chłodzie i proszą o dar serca. Nie dla siebie proszą, ale dla innych, potrzebujących takiego wsparcia. Inne moje uczennice umieściły na profilu „Naszej klasy” zdjęcia z odbywanej dzisiaj w Bractwie Św. Anny spotkania mikołajkowego z dziećmi.

Co je motywuje? Co ich pcha do działania wśród dzieci?

Renatka, uczennica kl.I technikum w którym uczę, zapytana dlaczego angażuje się w wolontariat odpowiedziała dzisiaj: – bo pomoc dzieciakom sprawia mi wielką radość i satysfakcję, a ich wdzięczność i przywiązanie jest wartością niepowtarzalną.

Jest ich spora grupa. Rozpoczęły tę działalność jeszcze w gimnazjum dzięki inspiracji nauczycielek wyznających taki właśnie styl życia. Trzymają się razem. Są wszędzie użyteczne. Niosą radość podopiecznym, ale również i nam, w naszym środowisku szkolnym. Tak już zostanie. Ewa ma plany działać w wolontariacie na skalę światową. Jak tylko zda maturę w tym roku szkolnym ma zamiar wyjechać, aby przy okazji poznać trochę świata, języki i inne kultury.To jest sensem Jej życia.

Prof. T Gadacz – filozof powiedział w jednym z wywiadów, że: „sensem życia jest poszukiwanie sensu. Człowiek jest jedyną istotą, której musi o coś chodzić. Pewnie dlatego właśnie tworzy, pracuje, kocha, cierpi.To oznacza, że sami musimy nadawać życiu sens bo to nam powinno „chodzić o”, a nie państwu, Kościołowi, matce, ojcu. Różnie wychodzi to staranie o nadanie sensu i wiele czynników na to wpływa, ale przecież mamy wpływ na to, co zrobimy z tym, co nam się w życiu przytrafia. Czy poddamy się biernie okolicznościom, czy będziemy walczyć”. Prawda, że pięknie postawiony problem? Czy te młode dziewczyny już odkryły sens życia nie nazywając nawet tego uczenie? Niech będzie w ich języku:  Je to kręci.

   Chwała Wam Wolontariusze!!!

Dzisiaj mimo Waszego Święta pełnicie swoją niezwykle ważną misję. Nie szukacie podzięki, ani dowodów wdzięczności. Trwacie przy obranym w odruchu Waszych wrażliwych serc stylu życia. Dzięki Waszemu wysiłkowi ktoś odnajduje sens życia w świecie, gdzie jest wiele piękna, ale i wiele krzywdy i nieprawości. Dziękujemy Wam, że jesteście! Pamiętajcie, że dobro uczynione drugiemu wraca do nas, a miłość, którą się dzieli ulega pomnożeniu.