Świadectwo

Rozkręca się ogólnopolska akcja organizowania zbiorowych wyjazdów uczniów na film Świadectwo. Obydwie szkoły, w których pracuję, odbyły już tę swoistą pielgrzymkę. Ja nie miałem jeszcze okazji oglądnąć tego filmu. Ktoś musi pracować, aby jechać do kina mógł ktoś. To jest wyprawa na cały dzień. Obejrzę kiedyś, tak jak obejrzałem obydwa filmy poświęcone naszemu Papieżowi. Warto pogłębiać, albo choćby tylko odświeżać wiedzę o tym wielkim człowieku i jego dziele.

W reklamówce filmu znalazłem słowa ks. kardynała Stanisława Dziwisza: Byłem z Nim prawie 40 lat. Rozumiem, że książka i później zrealizowany wg niej film jest świadectwem potwierdzającym niezwykłość postaci JP II. Dać świadectwo, zaświadczyć o kimś, a do tego o kimś ważnym, dobrym i wiele znaczącym choćby tylko dla nas, to chyba najważniejsza rzecz, jaką możemy uczynić dla drugiego człowieka. Możemy w ten sposób ocalić pamięć o nim, a tak po ludzku biorąc po prostu wynagrodzić mu jego starania… Życie często nie jest skore dostarczyć każdemu niezbędnych jak powietrze dowodów uznania.

Papież to postać epokowa. Jemu wystawiono już za życia wiele pomników w postaci spiżowych monumentów jak i nazywając Jego imieniem ulice, place, szkoły. On sam pozostawił wiele dzieł. Książki jego autorstwa ma w domu każdy Polak i każdy wie o jego wielkości.

   Co jednak można zrobić dla utrwalenia postaci i czynów ludzi mało znaczących dla świata, ale ważnych dla nas samych? Czy mając jakiekolwiek możliwości zrobiliśmy cokolwiek w tej mierze dla naszych wielkich, chociaż małych ludzi?

Może ja zacznę świadczyć, a Państwo przemyślą i zadecydują czy warto iść moim śladem? Zacznę podobnie jak zaczyna się film.

Żyłem z nim 54 lata. Urodziłem się gdy miał 40 lat. Nie sprzyjało to dobrym kontaktom w relacjach ojciec – syn. Zresztą, wyznawany przez mojego Ojca ortodoksyjny patriarchat pozostawiał nas –  dzieci, w sferze wpływów Mamy. Był niezwykle surowy dla siebie, a więc i dla nas. Zbudował – jak to mawiał – swoją <krwawicą> dwa domy, więc całe moje młode życie oszczędzano w domu na wszystkim. Na ubiorach, na rozrywce, a nawet na jedzeniu. Zmarł w 2000 r. Teraz myślę, że poznawałem Go lepiej i rozumiałem już jako mocno dojrzały człowiek. Szczególnie gdy po śmierci Mamy mieszkał sam, a ja pomagałem Mu przez parę lat w codziennych sprawach życiowych i zwalczaniu samotności. Pozostawił po sobie ślady. Te naznaczone genami w nas, te nabyte przez wychowanie pod jego surowym nadzorem i te materialne. Małe, ale na miarę jego możliwości. Istnieją domy, i w jednym z nich pomieszkujemy od czasu do czasu, ale najistotniejszymi pamiątkami, jakie pozostawił Ojciec są: Krzyże.

Mój Ojciec przy swoim prowizorycznym warsztacie

Seria krzyży z jasnego dębu, które ofiarował do kościoła, do dzisiaj zdobi boczne ołtarze, a jeden, pogrzebowy odprowadza parafian na miejsce pochówku. Zawsze, gdy jestem w kościele – sprawdzam, czy jeszcze stoją na swoich miejscach? Czy dostępność nowoczesnych dewocjonaliów nie zepchnęła ich w niebyt? Tak, jak to się stało z jednym z tych krzyży zdobiących do niedawna ołtarz główny.

Krzyż na ołtarzu pod chórem

Krzyż na ołtarzu obok ambony

Krzyż w Kaplicy Św. Anny

Krzyż pogrzebowy, wszystkie o charakterystycznie zakończonych ramionach

Kolejnym nietypowym, ale trwałym śladem Jego autorstwa są… kamienne kule wieńczące filary bram cmentarnych, a i Jego własny dom w Rynku. Pomagaliśmy Mu wykonywać te kule i mocować je na bramach. Te na domu umieściłem już sam, po Jego śmierci spełniając jakby Jego wolę w tym przedmiocie.

Gdy patrzę na te krzyże, to przypominam sobie jak w mozole je wykonywał. Wielokrotnie wspierałem Jego wysiłki korygując linie krawędzi oraz symetrię podstawy. Jego dłutkiem – niczym góral na Krupówkach w Zakopanem wycinałem na spodzie podstawy Jego inicjały i datę wytworzenia. Patrzę na krzyże i widzę Go. To samo odczucie mam patrząc na krzyż, jaki zabrała na emigrację Jego wnuczka Małgosia. Bardzo spieszył się z wykonaniem jednego z krzyży specjalnie dla niej. Zdążył. Jest u niej w wielkim poszanowaniu. Był on często elementem scenografii dla różnych prezentacji eksponowanych w Muzeum Polskim w Chicago, gdzie Małgosia pracuje, kierując biblioteką.

Zupełnie innej kategorii ślad pozostawił Mój Ojciec wśród żywych. Będąc przez wiele lat społecznym prezesem klubu piłkarskiego Zorza w Bogorii, nakładem swoich środków i starań przygotowywał boisko rekultywując go i obsiewając trawą, organizował transport konieczny do wyjazdów na mecze, opiekował się piłkarzami fundując im napoje i drobne poczęstunki w czasie wyjazdów. Spora grupa chłopaków miała dzięki Niemu sensownie zorganizowany czas i osiągała lokalne sukcesy. Na pogrzebie Prezesa klubu delegacja dojrzałych panów, dawnych piłkarzy Zorzy złożyła Mu podziękowanie przygotowując list dziękczynny podpisany przez obecnych na pogrzebie piłkarzy, o przeczytanie którego nad grobem Ojca poprosili ks. wikariusza Krzysztofa.

Jeszcze innym świadectwem Jego przywiązania do wiary i Kościoła było przygotowywanie przez ponad 50 lat przed domem ołtarza na procesję Bożego Ciała. Mamy nadal w rodzinnych zbiorach zdjęcie przed tym ołtarzem, na którym mam 2 latka i takie jak to, gdy znacznie przekroczyłem 50.

Ołtarz przygotowywany na procesję Bożego Ciała przed domem Ojca

Zawsze interesował się sprawami innych. Wspierał i doradzał nawet nie pytany. Zagadywał znajomych zapraszając ich na pogawędki na ławkę przed domem, która rzadko stała pusta.

Mirek – wnuk Jego brata Wincentego na szarfach wieńca pogrzebowego kazał umieścić napis: Opiekunowi rodziny…, czym poruszył mnie do głębi.

Trudno pisać o wszystkim. Żył na miarę swoich możliwości, ale sięgał po sprawy wymagające jego zdaniem troski czy jakiegoś konkretnego załatwienia. Nie z przymusu, lecz z ochoty…

   Zaświadczam niniejszym: że był dobrym człowiekiem mimo, że dla niektórych kontrowersyjnym – był Sobą. Jak wiemy z motta wielkiego autora: Trzeba być kimś, aby być sobą. Był więc Kimś – nie tylko dla mnie i dla nas – Jego rodziny.