Dożynkowe przeżycia i przemyślenia

Ponownie odbiegam od chronologii w moich opowieściach, aby odnotować, tak z kronikarskiej potrzeby, pewne zdarzenie. Oto przeżywamy w Bogorii doroczne Święto Plonów, zwane dożynkami. Zbiegły się trzy okazje. Święto ekologiczne, dożynki powiatowe i dożynki gminy Bogoria. Czwarte święto to przeddzień parafialnego odpustu obchodzonego na dzień Matki Boskiej Siewnej, czyli dzień jutrzejszy. Była więc jeszcze jedna okazja do świętowania… Po kolei jednak.
Ekologiczne dożynki wojewódzkie i dożynki powiatowe zarazem urządzane są w Bogorii już po raz kolejny. Jest w tym jakiś szczególny przywilej. Sądzę, że w pełni zasłużony przez miejscowych samorządowców, z powszechnie szanowanym wójtem na czele, a i przez parafian kierowanych przez zdolnych proboszczów z charyzmą. Dzięki zaangażowaniu wszystkich organizatorów, impreza ma co roku coraz lepszą oprawę. Przygotowania do uroczystości trwały dość długo. Już kilka dni wcześniej zmontowano na boisku szkolnym gustowne namioty, a nawet estradowe podium dla zespołów muzycznych. Asfaltowe boiska do siatkówki mogą pełnić rolę parkietu do tańca. Tam też rozpoczęto opisywane święto. Orkiestra dęta „Siarkopolu” przygrywała podczas przygotowania pochodu z wieńcami dożynkowymi, jakie w nadzwyczajnej ilości i misternych wzorach, zaprezentowały poszczególne gminy powiatu i wioski naszej gminy.

Parada delegacji rolników z całego powiatu i władz samorządowych z województwa, powiatu i gminy marszowym krokiem wyznaczanym najgłośniej przez bęben i tubę orkiestry dotarła do kościoła i wzięła udział w procesji wokół niego. Powitania, jakie się w takich razach wygłasza, ustąpiły wkrótce miejsca obrzędom Mszy św. sprawowanej pod przewodnictwem naszego dziekana ks. Henryka Kozakiewicza. Okazało się, że piastował on jeszcze jedną funkcję, bo był jednocześnie delegatem naszego biskupa na tę uroczystość. Znam tego księdza od bardzo dawna. Słyszałem wiele jego bardzo zaangażowanych i uduchowionych kazań, ale tym razem przerósł samego siebie. Przemówił w taki sposób, że my z Elą byliśmy niezwykle poruszeni jego elokwencją. Ja w takich razach często patrzę w sklepienie, bo łatwo wtedy udrożnić kanały łzowe i ukryć to, czego nie chcę po sobie pokazać. Polecam ten sposób szczególnie mężczyznom, bo panie mają zwykle inne sposoby na tę samą przypadłość. Im to uchodzi. Czym nas dzisiaj poruszył? Temat pierwszy wywiódł z meritum święta. Chleb. Temat rozpoczęty od przypomnienia historii „skąd nasz ród”. Rolniczy trud zawsze związany z wiarą chrześcijańską. Tak jak rolnicy przynoszą co roku do kościołów chleb, aby dzięki składać Bogu, tak i na ołtarzu w czasie każdej Mszy św. dokonuje się ofiarowanie chleba i wina. To nierozłączne symbole powiązane od wieków z trudem pracy na roli.  Dzisiaj przyszliście składać dziękczynienie, a jutro przyniesiecie ziarno do kościołów i księża je poświęcą, aby wydały obfity plon – mówił kaznodzieja. To jest ciągłość. Temat drugi to dzielenie się chlebem, po chrześcijańsku, każdy posiadający go, z każdym potrzebującym. Tu wspomniał i sugestywnie zestawił ze sobą treść dwóch opowiadań. Księdza misjonarza z Afryki o tragedii ludzi, a najczęściej dzieci umierających tam z głodu oraz sprzątaczki ze szkoły, która prosiła księdza o interwencję, aby dzieci nie wyrzucały do kosza kanapek, którymi przecież mogłyby się podzielić z głodnymi kolegami. Przecież te kanapki przygotowały im matki, z miłości i z troski o to, aby miały siłę do nauki i innych zajęć, dlaczego się więc marnują? Kiedyś – mówił z pasją – chleb w biednych rodzinach kładziono na szafie, aby dzieci go nie dosięgły, a dzisiaj na szczęście go nie brakuje, ale trzeba się nim dzielić z tymi, którzy mają go za mało. Tu mocno zaakcentował problem z wychowywaniem dzieci, które już w gimnazjum okazują takie zaniedbania wychowawcze, o jakich jeszcze parę lat temu nikomu się nie śniło w najczarniejszych snach. Te dzieci wymknęły się już spod kontroli rodziców, wpływów szkoły, ale i Kościoła. Co będzie za kilkanaście lat z wartościami, które nam, starszemu pokoleniu, wpoili nasi rodzice? Dlaczego wy rodzice nie wpajacie tych samych wartości waszym dzieciom? – pytał kaznodzieja. Wiem, że trafił do serc i sumień słuchaczy. To było odczuwalne. Przyznacie mi, że rzadko kto ma szansę tak mocno przemówić do ludzi jak ksiądz w kościele. Nie wiem dlaczego w rolniczym, czy robociarskim środowisku księża w swoich kazaniach zajmują się często analizą tekstów Pisma Świętego lub eksploatują ponad potrzebę temat męczeńskiej śmierci Jezusa, zamiast używać takiego właśnie łączenia treści chrześcijańskich ze zwykłymi problemami z życia, jakie każdy spotyka na swojej drodze. Ludzie wyłączają swoją uwagę tracąc kontakt z mówcą lub nawet przysypiają zamiast otrzymać naukę z wykładnią jak realizować zasady chrześcijańskiej wiary. Okrucieństwo wobec Jezusa omawiane bardzo często, a nawet pokazane w „Pasji”, chociaż jest wstrząsające, to dzisiejszy lepiej poinformowany słuchacz zestawia – czy chce, czy nie chce ze śmiercią setek tysięcy czy nawet milionów niewinnych ludzi, którzy na naszych oczach niemal, są mordowani maczetami w Afryce lub zabijani pałkami, bo kul oprawcom brakuje. Komu lub czemu służy ich męczeńska śmierć? Są pytania, na które trudno znaleźć odpowiedź nawet uczonym ludziom. Kto wyjaśni to zwykłym zjadaczom chleba? Czy Bóg tak chce?

Może to ja jestem zbyt emocjonalnym odbiorcą takich wystąpień? Ja w swojej pracy dużo mówię o takich jak powyższe problemach współczesnego świata przy okazji omawiania zagrożeń wojennych, więc w prałacie widzę jakby sojusznika w walce o uwrażliwienie ludzi i otwarcie im oczu na problemy, jakie trapią innych ludzi. Łatwiej wtedy docenić to, co się posiada. Docenić wartość pracy ludzkiej, tej elementarnej pracy, jak np. praca rolnika, ale i tej o większym znaczeniu społecznym jak praca nauczyciela, księdza wójta czy kogoś innego, komu chce się robić coś, czego inni nie robią, choć powinni.

Tu chcę już zaakcentować to kolejne święto w dzisiejszym świętowaniu owoców rolniczego trudu. Otóż, ks. prałat jako delegat  biskupa ofiarował nam, uczestnikom uroczystości niespodziankę: nasz kościół z łaskami słynącym obrazem Matki Boskiej Pocieszenia decyzją biskupa został właśnie podniesiony do rangi sanktuarium. To oczekiwane przez wiele pokoleń naszych przodków wyróżnienie staje się faktem. To my byliśmy świadkami ogłoszenia tej decyzji. Wpatrywaliśmy się w dobre oczy naszej Matki Bogoryjskiej i słowa kaznodziei jeszcze mocniej zapadały nam w serca.

Pięknie przemawiał również, nawiązujący do nauki księdza Kozakiewicza, starosta staszowski Romuald Garczewski, który podziękował za współorganizację uroczystości księżom i wszystkim, którzy się w to zaangażowali. Uroczystości kościelno-samorządowe kończyło błogosławieństwo chleba, którym częstowali w kościele, ale i na zewnątrz: starosta, wójt i wszyscy księża. To kwintesencja słów pieśni: dzielmy się chlebem, dzielmy się niebem…

Wzięliśmy po kilka kawałków świeżego chleba, aby go zjeść w kościele, a przyniesione do domu kromeczki sfotografować wraz obwarzankami z odpustowych kramów i w ten sposób podzielić się z Wami tak jak dzielę się  słowami, które mnie poruszyły i dlatego nie mogły pozostać w murach kościoła. Internet poniesie je do Was.

Pozdrawiam.