Druga strona rodziny

1937 rok

   Dzisiaj, dla pełniejszego obrazu rozważań jakie zaproponowałem w poprzednim wpisie postanowiłem dodać trochę informacji o przodkach naszych dzieci – po kądzieli, czyli z linii Mamy Elżbiety.
Powyżej zamieszczam portret moich teściów – Marianny i Tomasza Baranów z 1937r.
  Ta sama miejscowość, w gruncie rzeczy wiejska, jak i czas rzutują na wielkie podobieństwo życiorysów.
Ojciec Elżbiety, Czesława i Anny: Tomasz, urodził się w rodzinie kowala Józefa i Antoniny Baranów. Miał troje rodzeństwa. Brat Albin zmarł tragicznie w 1936 roku, osieracając 6 córek. Dwie z nich, Marysia i Janina znalazły wsparcie w domu stryja na czas nauki szkolnej, pomagając jednocześnie w opiece nad dziećmi i w pracach domowych. Cała rodzina w latach 50. wyjechała na ziemie odzyskane w koszalińskie i gdańskie i tam pozostali, rzadko kontaktując sie z rodziną. W Bogorii zamieszkała siostra Stanisława, która wyszła za mąż za murarza Romana Górskiego. Ich dzieci to Paulina (jedyna, która w tych trudnych czasach ukończyła KUL i została nauczycielką, nie założyła rodziny), Zofia (która pozostała w Bogorii gdzie znalazła zatrudnienie na kolei. Jej mąż Lucjan Zakrzewski też był kolejarzem. Zmarł w 1984 r. Mają dwóch synów Jarosława i Stanisława), syn Henryk (został technikiem w Fabryce Naczyń Emaliowanych w Olkuszu, gdzie założył rodzinę. Zmarł niedawno pozostawiając żonę Janinę i córkę Magdę). Kolejny syn Daniel został oficerem WP i założył rodzinę w Toruniu – ma dwóch synów. Druga siostra Tomasza – Apolonia wyszła za mąż za Michała Murczkiewicza – rolnika i zamieszkała z nim w pobliskich Moszynach. Mieli sześcioro dzieci, które wzorem innych rozproszyły się po Polsce.
    Mama mojej żony –  Marynia była córką kołodzieja – stelmacha Walentego i Marianny Kosowiczów. Miała sześcioro rodzeństwa. Siostry: Karolinę, Helenę, Zofię i Annę oraz braci Feliksa i Tadeusza. Los tej rodziny dobrze ilustruje ówczesne szanse edukacyjne dzieci z takich środowisk jak nasze. Rodzice zdecydowali, że podejmą trud kształcenia jednej, najstarszej córki Karoliny. Na tyle oceniali swoje możliwości, a i to realizowali podporządkowując temu celowi życie pozostałych członków rodziny. Miała zostać nauczycielką. Niestety w końcówce edukacji Karolina zapadła na gruźlicę i mimo kuracji klimatycznej w Zakopanem (innych sposobów nie było), przegrała z tą groźną chorobą. Dziadek Walenty wyjeżdżał w celach zarobkowych na „saksy” aby sprostać wydatkom, ale nie na wiele się to zdało. On sam zmarł operowany w Krakowie na banalne dzisiaj zapalenie wyrostka robaczkowego i tam pozostał na zawsze. Jego córki Helena i Anna wyszły za mąż za braci Stanisława i Czesława Górskich, pracowników kolei. Anna pozostawiła troje dzieci: Czesława, Zygmunta i Helenę. Helena zaś zmarła bezdzietnie. Kolejna córka, Zofia została żoną Czesława Gawrońskiego. Oboje zamieszkali w Bogorii i pracowali w spółdzielczości. Ich dzieci to córka Joanna i synowie Andrzej i Stanisław Gawrońscy. Jakimś wybrykiem złego losu jest fakt, że tak Czesław, jak i jego synowie zmarli stanowczo przedwcześnie i to śmiercią nagła, tragiczną. Bracia Feliks i Tadeusz założyli rodziny w Bogorii i pracowali na miejscowej kolei. Feliks z żoną Pelagią mieli córkę Marię i syna Andrzeja. Tadeusz z żoną Marią dochowali się dwóch córek: Ewy i Marysi, które wybrały życie na emigracji – w USA i Kanadzie oraz syna Jerzego, który pozostał na ojcowiźnie. Ta „ojcowizna” Kosowiczów związana jest z pewną ciekawostką. Jak już wspomniałem wcześniej wojnę w Bogorii przetrwało kilka domów zaledwie. Kosowiczom ostała się piwnica zbudowana na skraju działki z kamienia piaskowca, obszerna dość i mająca łukowe sklepienie. Przetrwała wojnę, ale po niej znalazła się na trasie wytyczonego torowiska kolei do Koprzywnicy. Ponieważ piwnica była wtedy schronieniem dla kilku rodzin, jej mieszkańcy błagali rosyjskiego oficera prowadzącego budowę, aby zmienił trasę przebiegu torowiska i ocalił ich schronienie. Umieli prosić. Trasa toru nieznacznym łukiem ominęła piwnicę. Dzisiaj nie ma już Kolei Dojazdowych, jak się oficjalnie nazywało wąskotorówkę, a potocznie „ciuchcię”. Rozebrano przed paru laty tory, ale stojąc na pozostawionym nasypie można łatwo dostrzec na czym polegało ustępstwo inżyniera na rzecz tych, którzy tam mieli schronienie.

   Poświęciłem kiedyś sporo miejsca warsztatowi szewskiemu mojego ojca. Teraz wymieniam kolejne zawody, popularne w owych czasach w Bogorii.
Kołodziej – stelmach, tak nazywano zamiennie kogoś, kto wykonywał drewniane elementy wozów konnych. To była sztuka zrobić z dębiny mocne i niezawodne części wozu. Nie mógł się ani rozeschnąć, bo by się rozsypał, ani wypaczyć gdy naciągnął wilgocią. A przecież wóz niemal zawsze stał pod gołym niebem, zdany na kaprysy pogody. Kolejny zawód to kowal, który miał za zadanie wyposażyć taki wóz w części metalowe. Skręty, wagę, do której doczepiano orczyki, no i obręcze naciągnięte na koła i dające im siłę i niezawodność. Wszystko należało zgrabnie połączyć i przyozdobić jakimiś autorskimi elementami kowalstwa artystycznego. Gdy ktoś ogląda wóz traperski w westernach, ten ma właśnie wgląd w efekty pracy kołodzieja i kowala.  To była specjalizacja bogoryjskich rzemieślników. Po wojnie działało tu 10 kuźni i wymieniało się z nazwiska 14 stelmachów żyjących z uprawiania tego zawodu. Jeździli z wytworami swojej pracy na okoliczne jarmarki do Staszowa, Klimontowa, Opatowa i dalej.
Gdy po ślubie zamieszkałem w domu u rodziców mojej żony, to kuźnia była używana sporadycznie, dla jakichś drobnych napraw, czy podkucia konia.
Gdy niespodziewanie łaskawy los obdarzył nas wylosowaną premią w postaci samochodu Syrena 105, to nagle powstałą potrzeba przerobienia kuźni mojego teścia Tomasza na garaż. Zdemontowałem więc miech kowalski, usunąłem stamtąd  kowadło, które zachowałem sobie na pamiątkę. Przebudowałem ponadto drzwi na pożądaną dla samochodu szerokość i wykonaliśmy jeszcze inne niezbędne prace, aby nasz samochód miał godne schronienie.
Drobne sprzęty i liczne narzędzia kowalskie pozostawiłem do swojego użytku. Zabrany z kuźni teścia ryngraf Matki Boskiej, umieszczonej na piersi orła w koronie, stanowi teraz cenną pamiątkę w domu Małgosi. Nie bał się utrzymywać takiego wizerunku w swoim warsztacie w czasach, gdy nasz orzeł nie mógł urzędowo nosić korony. Zachowaliśmy sobie wszyscy „na szczęście” podkowy końskie jakie Dziadek mocował do końskich kopyt. Drugim ważnym sposobem zarobkowania dla ludzi zamieszkałych w Bogorii była praca na kolei. Od przedwojnia obowiązywało zawołanie:
„Kto ma w głowie olej, ten idzie na kolej„.
Wiele rodzin utrzymywało się z pracy na kolei. Bogoria stanowiła węzeł kolei dojazdowych utrzymujący ruch do Jędrzejowa, Szczucina, Koprzywnicy i Iwanisk, a dalej do Włostowa. W latach siedemdziesiątych kolej zaczęła przegrywać rywalizację z transportem samochodowym i wtedy słyszało się modyfikację cytowanego zawołania: „Kto ma w głowie olej, ten p… li kolej”.
Z zawodów rzemieślniczych sporo było warsztatów szewskich, krawieckich, a także murarzy, którzy jakoś powoli znikali jako grupa zawodowa. Gdy upadło kowalstwo mój Teść Tomasz kierował przez parę lat częścią ślusarską pawilonu usługowego w miejscowym GS, i tu doczekał emerytury. W okresie międzywojennym był zatrudniony w tworzonej wtedy w Bogorii Szkole Zawodowej. Miał tytuł mistrza kowalstwa, co pozwalało mu szkolić w tzw. terminie czeladników. Doczekał się sporej liczby następców, bo jego uczniowie zdawali egzaminy czeladnicze i otwierali własne zakłady, lub zatrudniali się jako ślusarze w zakładach przemysłowych.

   „Małe miasta, zwyczajne małe miasta, w których żaden dom ponad drugi nie wyrasta” – śpiewano w piosence. Zacząłem opis tego odcinka od stwierdzenia, że podobieństwo miejsca, gdzie żyli nasi wujkowie, stryjkowie, ciocie, babcie i dziadkowie oraz czasu, rzutowało na ich życiorysy. Żyli lepiej lub gorzej, zależnie od pracowitości, zapobiegliwości czy tzw. szczęścia. Wygrywali ci, którzy podejmowali ryzyko zmiany miejsca zamieszkania, zawodu. Czy nie podobnie jest i dzisiaj?

Oto zdjęcie kuźni jakie najczęściej spotykano jeszcze w latach mojej młodości. Uzupełnię to linkiem do ilustrowanego zdjęciami opisu rzemiosł spotykanych wówczas na wsi: https://www.laliny.hekko24.pl/rzem-kow.htm

11 uwag do wpisu “Druga strona rodziny

  1. ~Malgosia pisze:

    O każdej z tych osób chciałabym przeczytać rozdzialik, a jakie nosili piękne imiona! Aż dziw, że znam powinowactwa rodzinne wybranych autorów, a swoje dzięki Tobie Tatulu, dopiero poznaję. Dziękuję, tworzysz epokowe dzieło. Bardzo to doceniam, moje nagrywane taśmy drzemią na półce, a Twój tekst żyje, a chłopcy do niego dorastają, wnuczusia takoż. Całuję Cię i zalecam spokój i dużą dawkę wypoczynku

    Polubienie

    • ~Ala pisze:

      Już udalo się! Nie dzielić, nie dzielić! Trochę się pogubiłam kto jest kto i gdzie, bo jako geograf , umiejscowiałam to na mapie Polski. Ale cudne, trafne opisy, kto z kim , a to bogactwo zawodów, których juz nie ma.

      Polubienie

  2. ~wicejola pisze:

    Czesiu piękne te twoje wspomnienia. Wymagają tylu informacji, które trzeba zgromadzić a opisać z taką pasją, też nie każdy by potrafił.Rozmawiałam z moją Alą w szkole, ona wcześniej wiedziała o Twoim blogu, tylko rzadziej sięga do komputera niż ja. Stwierdziła, że nie potrafiłaby tak prywatnie pisać, a ja zazdroszczę, bo chciałabym wiedzieć tyle o swoich bliskich. Uświadomiłeś mi ile straciłam wraz ze śmiercią ojca (a to już 21 lat) i teścia (tylko 3 lata, ale nigdy nie było dość czasu na spokojne rozmowy o życiu). Dzięki za możliwość czytania, czekam na wszystkie wpisy. Życzę dużo zdrowia, powrotu do szkoły, bo możesz jeszcze tak dużo, dużo,……..przekazać i wytłumaczyć swoim uczniom.Gorąco pozdrawiam- Jolka

    Polubione przez 1 osoba

  3. ~Tatul pisze:

    Serdeczne dziękuję za pozytywne komentarze i uwagi. Dzisiaj mija miesiąc od rozpoczęcia tej mojej „tfurczości”. Cięgle się uczę jak napisać wystarczająco dużo aby było ciekawie i wiarygodnie a jednocześnie możliwie mało, aby nie wchodzić zbytnio w sferę prywatności mojej i wymienianych osób.Nie jest to łatwe, ale uczę się. Każdą uwagę doceniam i proszę o następne.Pozdrawiam wszystkich czytających moje wynurzenia.

    Polubienie

  4. ~Stanisław pisze:

    Michała i Apolonię Murczkiewiczów pamiętam bardzo dobrze.Często przychodził do nas na tzw.pogawędki,lubił żartować.Pamiętam że często brał mnie na kolana i zawsze wyciągał dla mnie cukierka z kieszeni.Znałem ich dzieci;Martę ,która była moją matką chrzestną,Eugeniusza,Halinę i Stanisława,który przejął po nim gospodarkę.Gdy juz podrosłem,bywałem u nich w domu,bawiąc się zabawkami wykonanymi ręcznie z drewna.Dostałem od nich pociąg z doczepionymi wagonikami drewnianymi.Pomalowany był na zielono,a ja byłem bardzo szczęśliwy że miałem taką wspaniałą zabawkę,wszyscy rówieśnicy mi zazdrościli.Pomagałem też p,Apoloni przynosząc wodę ze studni,drzewa na opał do kuchni.Pamiętam też że Michał M.grał na skrzypcach.Był zapraszany na chrzciny,poprawiny i tam na nich grał.Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

    • Tatul pisze:

      Stanisław.Bardzo dziękujemy z żoną za ten ciepły komentarz, podbarwiony wspomnieniami z dzieciństwa. Dobrze jest mieć takie wspomnienia i zastanawiać się na ile tamte przeżycia wpłynęły na naszą osobowość, wrazliwość i inne posiadane cechy.Wiele zawdzięczamy dziecięcym latom, bo wtedy podobno ukształtowały się zręby naszej osobowosci i inteligencji.Trochę zazdroszczę, bo jak pisałem we wstępnych opowiadankach bardzo ubogie było moje dzieciństwo. Pozdrawiam serdecznie.

      Polubienie

  5. Wspaniała rodzinna historia. Będąc kowalem artystycznym przemierzam sieć w poszukiwaniu treści o zabarwieniu rzemieślniczym. Przypadkowo trafiłem na pana wpis i nie mogłem się oprzeć by go nie przeczytać. Piękne tradycje i barwna historia. Zazdroszczę ludziom tego, że mają świadomość, czym zajmowali się ich przodkowie. Kiedyś praktycznie w każdej wsi była minimum jedna kuźnia, dzisiaj kowalstwo tradycyjne niemal doszczętnie wyparte zostało przez kowalstwo artystyczne, które prawie w każdym przypadku okazuje się ślusarstwem. Mój pra pra przodek kuł miecze dla Jagiełły i prowadził jedną z chorągwi w bitwie tysiąclecia, za co otrzymał tytuł szlachecki, mnóstwo hektarów i trzy młyny. Kowalstwa nikt mnie nie uczył, a kiedyś wziąłem młotek i zacząłem wykonywać wszystko to co kowal artysta jest w stanie zrobić, pewnie geny dały znać o sobie. Pozdrawiam Jacek, który gratuluje wspaniałej rodzinnej historii.

    Polubione przez 1 osoba

    • Bardzo dziękuję Panu za odwiedziny i tak miły komentarz.
      Ja z myślą o swoich dzieciach prowadzę tan blog, a przynajmniej starałem się tak robić w poczatkach jego istnienia. Opisałem znane mi fakty w czasie gdy już mało ludzi z tamtej epoki zyje i mogłoby opowiedzieć ze szczegółami o swoich zawodach. Mnie też kiedyś nie będzie i zabiorę ze sobą to, co wiem o dawnych czasach. To ja gratuluję Panu tak wspaniałych antenatów i tego, że poszedł Pan ich śladem. Ma Pan rację z tym ślusarstwem. Dzisiaj nic już nie pochodzi „z ognia” . Kupuje się przemysłowo wytwarzane półprodukty mające świaczyć o kowalskiej robocie i zwyczajnie się je spawa z pozostałymi elementami.
      To dotyczy wszelkiego rzemiosła.
      Pozdrawiam serdecznie i życzę sukcesów wkontynuowaniu swojej pasji

      Polubienie

  6. Jest jednak wielu wariatów w śród kowali, którzy nie chcą wspierać chińskiego przemysłu metalowego i sami pieczołowicie przy pomocy własnych, najczęściej samodzielnie wykonanych narzędzi wykuwają nawet najbardziej pracochłonne detale. I choć nie zawsze przekłada się to na godziwy zysk, to zawsze pozostaje satysfakcja z dobrze wykonanej pracy i uczciwości wobec klienta zlecającego wykonanie takiego wyrobu.

    Polubione przez 1 osoba

    • tatul pisze:

      Nie nazwałbym ich takim określeniem. To pewna cecha indywidualnego podejścia do dzieła wymagającego zręcznej ręki i rozważnej głowy, a najbardziej tzw. serca. Tak postępuje mistrz, a nie chałturnik. Inna sprawa to odpowiedź na pytanie:- Kto dzisiaj to doceni?

      Polubienie

      • Dobre pytanie, ale odpowiedź bardzo złożona. Naszych rodaków po prostu nie stać na rzemieślniczy wyrób.Jesteśmy krajem o najniższych w UE zarobkach,a 13 mln polaków żyje poniżej granicy ubóstwa. Paradoks o skali światowej przekładający się bezpośrednio na kondycję naszego rzemiosła w każdej niemal dziedzinie.

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.