Co mnie ukształtowało

Pozwalam sobie na kontynuację tematu poprzedniego postu poświęconego genealogii. Próbowałem w poprzednim wpisie przekonać wszystkich, że warto się zabawić w genealoga, dopóki mamy jeszcze kogo pytać o naszych przodków. Oto jeszcze jeden argument za takim podejściem do swojej przeszłości…
Czytam w „Vivie” wywiad z Ryszardem Horowitzem, znakomitym artystą fotografikiem o jego dokonaniach i całej drodze życiowej. Kończy się on pytaniem:
– Czy powstanie książka o pana życiu? Odpowiedź brzmi:
– „Jeśli powstanie książka o mnie, to zrobię to dla synów. Kiedyś pomyślałem, że gdybym mógł przeczytać biografię moich rodziców, o wiele łatwiej byłoby mi znaleźć odpowiedź na pytanie: kim naprawdę jestem?”.
Otóż to. Piszmy biografię dla potomnych, aby ułatwić im znalezienie trudnych, a ważnych odpowiedzi. Ja pisanie swojej rozpocząłem już od pierwszych wpisów na blogu.
Skąd się wziąłem? Rodziców już znacie. Ich rodzice, czyli moi dziadkowie żyli stosunkowo krótko nawet jak na owe czasy. Ojciec mojego ojca zmarł gdy miał On 13 lat. Młodo więc został opiekunem rodziny złożonej z Mamy i czwórki młodszego rodzeństwa. Trzech starszych braci było już usamodzielnionych. On musiał już zarabiać nie tylko na siebie, ale i na potrzeby całej rodziny. Trzy siostry wymagały też jakiegoś wyposażenia na dorosłe życie i urządzenia im wesel. Zeszło mu z tym sporo czasu. O sobie pomyślał dopiero gdy kończył 33 lata – wtedy się ożenił. Ośmioro dzieci w domu w tamtych latach nie było czymś niezwykłym, ale oni mieli jeden zasadniczy problem. Był nim ich ojciec, który miał problem alkoholowy. Marian Brudek – mój stryj i  twórca ludowy, tak w swojej biografii ujął ten problem:
– Była bieda. Ojciec co zarobił, to przepił i od dziecka trzeba było ciężko pracować, aby związać koniec z końcem.
Inny strzęp wspomnień mojego Ojca:
– Na przednówku była taka bieda, że mama chodziła do lasu zrywać wrzos, aby w postaci sieczki dokładać go do resztek słomy i w ten sposób zwiększyć ilość paszy potrzebnej na doczekanie wiosny i możliwości wypasu krowy na trawie. Miał kto paść. Pastuszków było wielu.
Tato wywiązał się z roli opiekuna rodziny. Pomógł swojej mamie wydać za mąż swoje siostry i każda z nich otrzymała posag w postaci maszyny do szycia firmy Singer. Był to liczący się posag, bo warunkował samodzielne zarobkowanie. Babcia Apolonia zmarła, gdy miałem 13 lat, a więc prawie jej nie pamiętam.
Żadne z rodzeństwa Ojca nie zrobiło kariery. Żyli życiem domowym. On wykonywał jakieś rzemiosło, a ona prowadziła dom i gospodarstwo rolne, Czasem, jak potrafiła i stać ją było na maszynę do szycia, to szyła na potrzeby rodziny i dla znajomych często za tzw. odrobek.
Moja Mama pochodziła też z licznej rodziny. Miała pięciu braci i siostrę. Dziadzio Julian zmarł mając 68 lat i wiem tylko tyle, że był łysy i że chorował na astmę. Jego żona, a moja druga babcia Anna zmarła, gdy miałem 6 lat i co osobliwe w tym samym czasie, w tym samym domu przychodziła właśnie na świat jej wnuczka Stasia. Czy trzeba szukać lepszego symbolu następstwa pokoleń?
Bracia Mamy rozjechali się po Polsce.
Szymon zamieszkał w Szczecinie, gdzie wykonywał pracę celnika.
Masław ożenił się w Warszawie i tam zamieszkał.
Franciszek, który osiedlił się w Pruszkowie,
Zygmunt w Ostrowcu Świętokrzyskim pracował w miejscowej hucie.
Siostry Mania i Ania pozostały w Bogorii.
Anna pozostała w domu rodzinnym. W rodzinnych papierach zachowała się umowa o podziale spadku po rodzicach jakiego zgodnie dokonało pomiędzy sobą rodzeństwo. Widać w niej fachowość w ujęciu treści i wyjątkową chyba zgodność z jaką dokonali podziału. Poznałem osobiście wujka Szymona, który przez miesiąc gościł mnie u siebie w Szczecinie, w czasie praktyk szkolnych, na jakie wysyłało mnie moje Technikum Przemysłu Spożywczego w Bydgoszczy. Cała rodzina zmobilizowała się, aby pokazać mi, chłopakowi – wówczas 18-letniemu, piękne miasto i okolice. Jego córka Ala zrezygnowała niemal z życia osobistego, aby wprowadzić mnie w świat kultury i sztuki. Zaliczyłem z jej udziałem i pod jej przewodnictwem duchowym cały repertuar kin, teatrów, operetki i wszystkiego, co uznała za warte poznania. Tamta porcja wiedzy bardzo liczyła się i nadal ma duże znaczenie w moim życiu duchowym.
Wujek Zygmunt bywał częściej w Bogorii z racji małej odległości i choćby wizyt na grobach rodziców. Najbliższa całej rodzinie była ciocia Andzia. Tu ciągnęły rozproszonych więzy rodzinne i sentyment do domu rodzinnego. Utrzymywała z moją Mamą i nami wszystkimi ciepłe i przyjazne stosunki. Miło ją wspominamy.
Rodzeństwo Mamy osiągnęło wyższy standard życiowy dzięki lepszemu wykształceniu i otwarciu na świat. To była wtedy szansa. Wyjeżdżający na stałe w poszukiwaniu swoich szans wygrywali, bo musieli podjąć walkę o utrzymanie się w pracy i sprostanie wymaganiom jakie im stawiano. Zawarli małżeństwa z kobietami lepiej wykształconymi i to też był czynnik mobilizacji do wewnętrznego doskonalenia się. Ci, którzy pozostali na miejscu, wtapiali się w miejscowe środowisko i przystosowywali się do miejscowych wymagań.
Powiada się, że jesteśmy w 50% ukształtowani przez geny przejęte po przodkach i w 50% przez środowisko, w jakim wzrastamy. Wiemy również, że te cechy z pierwszej grupy w połowie pochodzą od rodziców, w 1/4 od dziadków, w 1/8 od pradziadków i tak dalej aż do osiągnięcia 100% cech zawartych w naszym genotypie. Każdy absolwent gimnazjum  zna Gregora Johanna Mendla i jego prawa z genetyki. Wie również co to są geny dominujące i recesywne. Nie każdy jednak znający podstawy genetyki postawił sobie pytanie – ile w sobie mam cech mamy, ile z ojca, z dziadka i jeszcze bardziej odległych antenatów? To bardzo trudne do skalkulowania i raczej wątpliwe rachunkowo obliczenia. Znacznie ważniejsze do poszukiwania odpowiedzi jest pytanie o warunki w jakich wzrastaliśmy i jak je wykorzystaliśmy, bo nasz fenotyp to suma genotypu i warunków otoczenia. Mamy tu całą masę zależności. Wychowanie, wpojone wzorce ideowe, rozbudzone lub nie zainteresowania, zamiłowania, kontakty z rówieśnikami, a później z dorosłymi (daj Boże) mądrymi ludźmi. To cały konglomerat oddziaływań mogących wydźwignąć przeciętniaka, ale i obniżyć loty dziecka zdolnego nawet z zasobnej, również w potencjał intelektualny, rodziny. Tu leżą pytania jak nas wychowano i co ukształtowało nasz system wartości. Tu również są pytania o to, jak wychowywać nasze dzieci, aby – co przecież jest normą – przegoniły nas w swoich osiągnięciach.
To są bardzo trudne pytania, ale warto je postawić, aby zastanowić się nad sensownymi odpowiedziami. Zdarza się przecież „spotkać lilie na bagnach i perły na śmietniku”. Ale to może być tylko szczęśliwy traf. Lepiej polegać na rozumie, nauce, zdobytym doświadczeniu i własnej refleksji nad tym, jak unikać błędów i zagrożeń. Warto też żyć na miarę swoich możliwości – tych zdeterminowanych naszym fenotypem i czerpać radość z tego, co znajduje się w naszym zasięgu. Unikniemy wtedy frustracji, a znajdziemy spełnienie i zwykłą radość ze swoich osiągnięć.
No i lubmy siebie choć trochę…