Ania i chłopaki

Ania w podstawówce

   Kontynuując swoją opowieść przeskoczę teraz do ważnego wątku rodzinnej historii, do roku 1954. Jest styczeń, lekka odwilż. Wychodzimy – wszystkie chłopy naprzeciw Mamie, która w asyście swojej siostry Anny Górskiej, przybywa kolejką ze Staszowa i przywozi nam siostrzyczkę. Owoc miłości Rodziców.
   Tato jest pogodzony, ale i przerażony faktem, że właśnie skończył 48 lat. Dręczyło go pytanie – czy dożyje do czasu, kiedy córka będzie najbardziej potrzebowała opieki i wsparcia? Ta troska mąciła radość i kładła się cieniem na atmosferze rodzinnego domu. Tato, wyznając absolutnie patriarchalny system podporządkowania nie angażował się – jak dzisiejsi ojcowie w opiekę nad córką, to była domena Mamy. My, mając 8 i 10 lat mogliśmy niewiele pomóc. Chociaż staraliśmy sie, bo jak opowiadano później, jeden z nas próbował nawet zaradzić na płacz siostry karmiąc ją ośródką chleba. Musieliśmy jednak pomagać i to coraz skuteczniej w gospodarstwie i różnych sprawach domowych. Warsztat szewski został już ostatecznie wyprowadzony z mieszkania, z braku klientów. Tato imał się różnych zajęć, aby zarobić na utrzymanie rodziny. Z szewca stał się… murarzem. A właściwie pomocnikiem murarza na budowie parowozowni, jaką wznoszono w tym czasie w Bogorii. Cieszył się kiedyś opowiadając jak majster pochwalił go za fachowe wyprowadzenie „winkla”, czyli narożnika. Jakie to były trudne czasy niech zaświadczy fakt, że pewnego letniego dnia nie było grosza na jakieś pilne potrzeby i wtedy trafił się klient z zepsutą maszyną do szycia. Za jej naprawę Tato otrzymał 50 ówczesnych złotych, co na jakiś czas pozwoliło zaspokajać palące potrzeby.
   Jak niemal wszystkie rodziny w Bogorii mieliśmy gospodarstwo rolne. Śmieszne 1.79 ha ziemi, w tym morga łąki na Skoczylesie. Od zawsze mieliśmy krowę – żywicielkę. Przy tej powierzchni ziemi, konieczne było wypasanie jej przez cały sezon w polach, aby zaoszczędzić paszę na zimę. To były najbardziej traumatyczne moje przeżycia z tamtego czasu. Dzień w dzień wypędzało się krowę na pastwisko ogólne – dla mieszkańców zachodniej części Bogorii były to tereny Ujazdu, gdzie z innymi chłopakami pędziliśmy żywot pastuszków. Trawa szybko się kończyła, więc pozostawały miedze rozdzielające pola. Na nich krówka mogła się dobrze najeść pod warunkiem, że była pilnowana „na krótko”, aby nie sięgała w szkodę. Po żniwach tereny wypasu poszerzały się o ścierniska. Ciężki obowiązek. Gdy chciałem mieć wolne popołudnie, musiałem pasąc krowę, narwać w ziemniakach najczęściej chwastów, i w worku napchanym do kresu możliwości dostarczyć to do domu, na rowerze. Oprócz tego, wszelkie prace okresowe typu siewy, sadzenie ziemniaków i wykopki, koszenie łąki, żniwa itp. wykonywaliśmy zawsze własnymi siłami. Nie było za co nająć do pracy kogoś spoza domu. Tak żyli wszyscy Bogorianie łączący pracę w rzemiośle, na kolei wąskotorowej, w usługach, z pracą w malutkich na ogół gospodarstwach rolnych. Dzisiaj, ucząc w szkołach Staszowa i Bogorii, mam kontakt z młodzieżą o podobnym do mojego pochodzeniu i śmiem wątpić, czy rozumieją realia tamtych lat. Żyliśmy jakoś tylko dzięki temu, że niemal wszystko pochodziło z własnego gospodarstwa. Dieta typu ziemniaki z białym barszczem, ziemniaki z jajkiem sadzonym, ziemniaki ze zsiadłym mlekiem ozdobione śmietaną zebraną z tego mleka, to niemal reguła. Jajko, mleko, masło, biały ser, kurę można było zjeść, ale i sprzedać. Wybór należał do rodziców. Kurę jadło się zgodnie z porzekadłem, jedynie w takich przypadkach gdy rolnik był chory lub kura. Dwie świnki przychowane na zlewkach i zieleninie w ciągu roku, były ubijane i przeznaczane na sprzedaż, a w domu pozostawiano smalec i słoninę do chleba lub zdobienia ziemniaków. Już samo określenie „zdobienie” albo „okrasa” wiele mówi o tym, jak częste były to przypadki. Chleb piekło się samodzielnie w domach, z własnej mąki mielonej w 2 dużych młynach w Bogorii. Można było oddać mąkę do piekarni i wybrać sobie równowartość w chlebie.
   Nawet mydło Mama robiła sama z tłuszczu, najczęściej łoju wołowego i sody kaustycznej (to taka żrąca zasada potasowa) kupowanej zwykle na targu w Staszowie. Tamto mydło nie przypominało dzisiejszego mydła, było szare i krojone na kawałki, tak jak zastygało w jakichś garnkach. Nie było proszków do prania, a tę potrzebę tamto mydło spełniało dość dobrze. Wiele rzeczy, dzisiaj niepojętych, robiono wtedy własnym sumptem ze zwykłej oszczędności, ale i z braku możliwości zaopatrzenia. Pracowitość, zaradność i sprawność manualna to cechy wyróżniające ówczesnego „męczennika” spośród tłumu tych, co nie umieli lub im się po prostu nie chciało. U nas w domu wszystko i wszystkim się chciało. Ojciec srogim wzrokiem i głosem dbał o to, aby tak było. Nie znosił sprzeciwu. Mama podtrzymywała jego autorytet milczącą zgodą, bo sama też poddała się temu rygorowi. Siostra rosła sobie otoczona szczególnymi względami  Rodziców – wiadomo, mała i do tego dziewczynka. Gdy ona osiągnęła wiek, w którym już się coś z życia rozumie, my opuściliśmy dom udając się do szkół. Ten czas już lepiej wszyscy pamiętamy. Dzień dzisiejszy już nie tak bardzo odstaje od tego, co opisałem z własnego dzieciństwa. O tym jednak będą następne opowieści.