Moja droga. Komentarz do zdjęć

Kamienica

Zdjęcie I „Kamienica”

Strasznie smutny dla mnie widok. Rok 1947.  Moi rodzice na tle „Kamienicy”. Na ręku Mamy – ja – na oko – około 1 roczku? Obok Taty Jurek, mój starszy o 2 lata brat. Niestety, zmarł w 1989 r. Dom wyssał z nich wszystko, nawet radość z tego, co osiągnęli niesamowitym poświęceniem i mordęgą. Dzisiaj nazwalibyśmy taki dom – stanem surowym. W Bogorii wojnę przetrwało tylko kilka domów. Nasz dom był budowany przez kilka lat, w miarę zdobywania materiałów. Moja Rodzina mieszkała wtedy kątem na plebanii, gdzie ksiądz (prawdziwy DOBRODZIEJ) Piętak przyjął i dał schronienie wielu bezdomnym ludziom.

Na zimę tego roku musieliśmy się wprowadzić do swojego, czyli do jednej izby na parterze kamienicy, przysposobionej na kuchnię. To zapewniało ogrzewanie. Ciężko chorowałem tamtej zimy i z opowiadań Mamy wiem, że cudem przetrwałem. Nie mieli tego szczęścia moi dwaj bracia – jeden starszy, a drugi młodszy, którzy nie byli na tyle silni, aby przetrwac w tamtych warunkach.

To było moje szczęście!!! Narodziłem się po raz drugi.

Zdjęcie II
Wycieczka do Krakowa 1965

Młodzi chłopcy na wycieczce pod Wawelem. Ktoś w „N-K” opatrzył go komentarzem „Ale klimaciarskie foto… Czuć w tych osobach więź”. Siedzę tam, jako drugi w pierwszym rzędzie od lewej strony zdjęcia. To okres nauki w Technikum Przemysłu Spożywczego w Bydgoszczy, do którego pojechałem w 1962 r. za bratem. Wcześniej, mimo rozpaczliwych wysiłków  rodziców, porzuciłem naukę w Liceum Ogólnokształcącym w Staszowie. Wyjechałem jako piętnastolatek do odległego o 450 km miasta, aby zamieszkać w internacie i zupełnie samodzielnie uczyć się i zdobywać ogładę niezbędną w dorosłym życiu. Rodzice ani jeden raz nie przyjechali na wywiadówkę, czy rozmowę z wychowawcą lub kierownikiem internatu. Uwieczniona na zdjęciu wycieczka do Krakowa, była nagrodą dla najlepszych uczniów z poszczególnych klas, jaką stosowała dyrekcja mojej szkoły, aby motywować nas do lepszej nauki. Byłem na trzech takich dwutygodniowych wyprawach w Karkonosze, Tatry i Beskidy.

To, że oparłem się wpływowi środowiska i mimo różnych nacisków i pokus wyrosłem na porządnego człowieka, to moje kolejne urodziny.

Zdjęcie III
CzElunia

My. Moja Ela i ja. Razem … CzElunia. To był rok 2005 w którym wpadliśmy do Chicago, na wakacje u córki Małgosi. Ona wykonała to zdjęcie i uchwyciła chyba to, co najważniejsze w związku małżeńskim, po 34. latach współżycia. To zdjęcie również z woli Małgosi stanowi wizytówkę w galerii moich zdjęć w „N-K”. Zapraszam do poczytania jakie komentarze zebrało. Widać z tego, że wszyscy podobnie odbierają klimat panujący pomiędzy nami.  Moje małżeństwo z Elą to moje trzecie urodziny. Bez Niej nie byłbym tym, kim jestem. Objechałem kawał Polski przez lata szkolne i wojsko i… wróciłem do Bogorii. Ona przez rok, jako dwudziestoletnia dziewczyna żyła w Kalifornii i również wróciła do Bogorii, aby tu wyjść za mnie – kolegę z jednej klasy w podstawówce. Była i jest nadal najważniejszą osobą mojego życia, oparciem i ostoją naszej rodziny.

Czy w opowieściach o trzech zdjęciach da się zawrzeć całe życie? Oczywiście, że nie. To są jak gdyby „kamienie milowe” godne podkreślenia. Ile się spraw wydarzyło pomiędzy tymi trzema etapami – to jest we mnie i może być wyeksponowane w ramach „Tatulowych opowieści” – jeśli będzie na to zapotrzebowanie.